Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inwestowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inwestowanie. Pokaż wszystkie posty

15 sty 2010

Nuda - 15012010

Od dwóch tygodni giełda porusza się w kanale o niewielkiej średnicy. Wahania są minimalne. Wygląda to tak jakby dokańczała właśnie ruch w górę robiąc leniwe "szczytowanie". Po takich długich i płaskich okresach często następują gwałtowne i mocne ruchy. Obecnie nie ma jednak pewności w którą stronę, bo może się okazać, że nastąpi wybicie w górę i będzie wtedy mocne.
Ze względu na nieznany kierunek pozostaję na razie poza rynkiem czekając na wyraźny sygnał. Niektórzy w takich sytuacjach przyjmują taką strategię, że zakładają jakiś kierunek (na podstawie jakichś poszlak) i zajmują odpowiednią pozycję. Jeśli nastąpi wybicie w przeciwnym kierunku błyskawicznie odwracają pozycję. Taka strategia niesie ze sobą pewne ryzyko i na razie nie zdecydowałem się na nią chociaż pomyślałem o niej. Ruch jaki nastąpi po wybiciu będzie jak sądzę na tyle długi, że wejście w rynek już po pierwszym sygnale będzie oznaczać utratę tylko niewielkiej jego części. A na giełdzie zawsze lepiej stracić część zysku niż doznać straty, choćby niewielkiej.

26 lis 2009

Niech żyje prostota

Po wypróbowaniu wielu różnych technik gry na giełdzie postanowiłem przejść do prostszych metod. Nie jakieś skomplikowane wskaźniki, nie zaawansowana analiza techniczna, która najczęściej jest życzeniowa, nie analiza fundamentalna, która często jest wątpliwa i opóźniona. Prosta i mam nadzieje skuteczna metoda: trailing stop loss + dwie średnie ruchome.

Dlaczego akruat tak? No cóż, niektórzy twierdzą, że zmiany cen na giełdzie są czysto przypadkowe. Gdyby tak byłoby to z całą stanowczością twierdzę, że nie istniałaby żadna, zupełnie żadna strategia która dawałaby nam choć cień przewagi i gra na giełdzie byłaby czystym hazardem jak ruletka. Jednak nie wierze w tzw teorię random walking. Są dwa czynniki, które wg mnie wpływają na to iż na giełdzie, uwaga: ISTNIEJĄ TRENDY. Te dwa słowa są kwintesencją tego co sądzę obecnie po kilku latach obserwacji giełdy na temat zmian cen. A czynniki, które powodują powstawanie trendów to wg mnie:
  • Cykle gospodarcze - hossy i bessy w realnej gospodarce.
  • Psychologia tłumu, która każe przeżywać ludziom irracjonalne strach i chciwość.
Istnienie trendów można z zyskiem eksploatować wyłącznie przy pomocy losowego wchodzenia na rynek z użyciem tzw. trailing stop loss (czyli zlecenia obronnego rosnącego wraz z ceną waloru) o ile wchodzi się w dwie strony: na krótko i na długo. Kiedyś, gdy będę mieć czas przedstawię na to dowód - to da udowodnić się matematycznie.
Mimo wszystko taka taktyka może dawać jednak długie ciągi strat i nie być na tyle zyskowną by opłacało się ją stosować, dlatego zamiast wchodzić w ciemno, warto jest IDENTYFIKOWAĆ AKTUALNY TREND. Do tego posłuży mi informacja o przecięciu się dwóch średnich ruchomych: SMA 30 i SMA 45. Jeśli ta pierwsza jest powyżej drugiej, tzn. że mamy krótkoterminowy trend wznoszący ponieważ ostatnie średnia z 30 cen waloru jest wyższa niż z 45. Jest to prosta i bezpiecnza metoda. A że czasem będzie spóźniona? Trudno, lepiej czasem stracić, ale mieć prostą, skuteczną i obiektywną metodę niż przy pomocy różnych wróżb z fusów próbować celować w górki i dołki. Z doświadczenia wiem już, że to się raczej nie udaje.

Tak więc założenia systemu, który mam zamiar wdrożyć od grudnia są następujące:
  • Gram w dół i górę przy pomocy kontraktu terminowego na WIG 20 (ważna płynność i możliwość gry w dwie strony). Ze względu na koszt jednego kontraktu ok 24000zł inwestuję kapitał ok 20000zł żeby nie lewarować.
  • Ustalam trailing stop loss na poziomie 100 punktów, co daje ok 5%.
  • Wchodzę na długo lub na krótko gdy średnie SMA 30 i SMA 45 przetną się i utrzymają po przecięciu conajmniej sesję (ponieważ czasem w trendzie bocznym średnie oscylują między sobą i traciłbym pieniądze na prowizję przy nietrafnych sygnałach)
  • Po wyjściu przez SL jeśli średnie nie zmieniają swojej wartości czekam aż kurs odwróci się i pokona mój SL o conajmniej 50 punktów. To oznacza, że jeśli przypadkiem sprzedam w korekcie to odkupię kontrakt przy ponownym odbiciu w górę. Dopóki ono nie nastąpi czekam na zmianę trendu.
Uff, system miał być prosty, a i tak wyszły z tego aż 4 punkty. Ale sądzę że jest zrozumiały i uda mi się go stosować niemal mechanicznie i z zyskiem.

4 cze 2009

Jak konsekwentnie realizować swoją strategię.

Większość ludzi, a w szczególności inwestujących na giełdzie jest bardzo dobra w tworzeniu planów i strategii. Wiele z nich jest słabych i nie ma dużego sensu. Z czasem jednak, zdobywając doświadczenie, czytając różne źródła poświęcone tematowi i ucząc się od lepszych, tworzymy styl działania i zbiór zasad odpowiednich dla nas. Zwykle są one dochodowe i mają sens. To nie oznacza jednak, że zaczniemy dzięki nim od razu zarabiać. Większość ludzi tak naprawdę nie zarabia pomimo posiadania niezłych strategii gry. Czemu? Problemem jest konsekwencja.

Żadna strategia nie daje 100% skuteczności. Czasem wprowadzi na w błąd sprowadzając straty. Do tego dochodzi czynnik przypadkowości (obecny w każdej grze, na giełdzie także) i psychologia. Ta wybuchowa mieszanka powoduje, że mamy problemy z konsekwentnym stosowaniem reguł. Przyznaję, że i ja mam z tym problem. Często nie sprzedaję gdy powinienem mówiąc sobie "po co sprzedawać na stracie skoro kurs zaraz odbije" albo nie kupuję mówiąc "to zbyt ryzykowne, na pewno nie uda się". Nawet jeśli fakty przeczą temu zdarza mi się reagować irracjonalnie. Dlatego obecnie wielki nacisk staram się kłaść właśnie na zwiększanie konsekwencji w stosowaniu obranej strategii, która jak sądzę jest niezła. Oto jak próbuję to robić:

  • Notowanie transakcji i częste przeglądy wstecz. Dzięki temu nabywam świadomość tego co robię źle. Widzę ile pieniędzy straciłem przez brak konsekwencji i motywuje mnie to do przestrzegania zasad. Wydaje mi się, że dzięki notowaniu i przeglądom coraz rzadziej gram wbrew regułom, mimo to nadal często działam pod wpływem chwili, co dowodzi, że takie działania nie są wystarczające.
  • Gadżety i automaty. Jako gadżet bawiłem się ostatnio iPodem, na którym wypróbowywałem aplikację giełdową. Opiszę to w zupełnie innym wpisie. Jeśli chodzi o automaty, to rozwijam własną aplikację giełdową. To bardzo dobre podejście, bo automat może zastąpić człowieka właśnie tam, gdzie słabości ludzkie stoją na przeszkodzie w odniesieniu sukcesu, a gdzie żelazna konsekwencja programu komputerowego może pomóc. Działanie zgodnie z zaprogramowanym algorytmem odpowiadającym przyjętym wcześniej zasadom pomoże w utrzymywaniu dyscypliny. Wadą jest duża ilość pracy, którą należy poświęcić aby stworzyć taki program. Dlatego rozwijam go powoli, jego stworzenie rozpisane jest na lata. Obecnie potrafi już archiwizować moje transakcje (na razie wprowadzane ręcznie) oraz pobierać aktualne dane z serwisów giełdowych i wysyłać maila z alarmem gdy któraś z moich pozycji przekroczy podanego wcześniej przeze mnie stop lossa. Nadal to mało i wymaga przy każdej transakcji wykonania wielu czynności. Ale jest to dobry krok. O moim programie napiszę jeszcze kiedyś duży i osobny wpis.
  • Samoćwiczenie podczas gry w pokera. Poker to gra bardzo mocno przypominająca grę na giełdzie. Kilka postów niżej można znaleźć dłuższy wpis na ten temat. Gra w pokera uwzględnia spory czynnik losowy w krótkim terminie. W dłuższym wygrywa jednak ten, kto konsekwentnie gra zgodnie z wygrywającą strategią, kto lepiej od innych potrafi opanować swoją psychikę, kto potrafi docisnąć gazu gdy trzeba, a gdy trzeba nacisnąć hamulec. Słowem: jak na giełdzie, tylko że za mniejsze pieniądze. Można grać już w darmowych turniejach, lub otrzymać za darmo 50$ od jednego z portali tematycznych i użyć tej sumy na grę (patrz linki po lewej gdzie jest stosowna reklama, sugeruję aby przed grą przeczytać wszystkie artykuły dostępne na portalu i poćwiczyć na wirtualnych żetonach, tylko wtedy nie będziecie tracić pieniędzy). I jeszcze jedna rada: jeśli boicie się wciągnięcia w hazard to zróbcie założenie takie jak ja: nigdy nie wpłacamy do kasyna własnych pieniędzy. Po utracie darmowej kasy z portalu, grajcie tylko w darmowych turniejach. Poza tym warto pamiętać, że giełda także może przerodzić się w hazard. Poker pozwala na nabranie zdrowego podejścia do gry na grube pieniądze, która odbywa się na giełdzie.
  • Zdobywanie wiedzy i doświadczenia. Czytajcie wszystko co się da na temat giełdy, inwestowania i grania. Ale krytycznie, wiele z tego co przeczytacie to bełkot pisany przez ludzi, którzy sami nie grają ale muszą pisać aby zarabiać właśnie na tym. Nic nie zastąpi także doświadczenia. Na początku trzeba przegrać trochę pieniędzy aby później móc zarabiać. Traktujcie to jako opłatę za lekcję.

1 cze 2009

Kiedy skończy się kryzys?

Wiele osób zadaje sobie postawione w tytule pytanie. Odpowiedzi padają różne. Osobiście sądzę, że nie ma jednej prawidłowej odpowiedzi ponieważ w różnych dziedzinach gospodarki może on skończyć się w innym momencie. Sama próba postawienia konkretnych dat to z resztą jest wróżenie z fusów. Czy będzie trwał kilkanaście lat jak w Japonii, czy może raczej przetoczy się jak burza przez świat i po dwóch latach odejdzie w niepamięć (w zasadzie już dobijamy do dwóch lat, jak pamiętacie w USA kryzys zaczął się w połowie 2007). Nie jestem wyrocznią, więc dokładnego terminu nie podam. Mogę jednak przyjrzeć się przesłankom.
  • Rynki papierów wartościowych. Tutaj kryzys skończy się jako pierwszy. Inwestorzy zawsze próbują z wyprzedzeniem przewidzieć rozwój gospodarki. Większość zwykle się myli, historia pokazuje jednak, że przed końcem kryzysów gospodarczych rynki dynamicznie odbijają. Efekt ten może pochodzić z różnych przyczyn: niektórzy inwestorzy mogą mieć nieopublikowane jeszcze dane z wewnątrz firm świadczące o tym, że najgorsze już minęło (tzw. insiderzy), na rynku jest coraz więcej wolnej i niecierpliwej gotówki (tak, wiem że to personifikacja, tak naprawdę to inwestorzy z gotówką są niecierpliwi), a korzystający z analizy technicznej dostają coraz więcej sygnałów. Czy odbicie z początku tego roku jest takim właśnie ruchem? Trudno powiedzieć na 100%. Może to być po prostu dynamiczna korekta dramatycznych spadków z zeszłego roku. Zobaczymy jak dalekie będą spadki po tej fali wzrostowej. A może wcale ich nie będzie tylko kursy pójdą od razu w górę?
  • Gospodarka. Sytuacja jest niepewna. Zalew wirtualnych pieniędzy jakim raczą nas banki centralne może spowodować pojawienie się inflacji. A co potem? Kolejny krach? System jest coraz bardziej rozchwiany i nie wiadomo kiedy sytuacja wróci do normy. Politycy tymczasem zamiast pozwolić rynkom na samooczyszczenie manipulują przy nich coraz bardziej. Czym to się skończy? Upaństwowieniem systemów bankowych? Zobaczymy. Obawiam się, że kryzys jeszcze potrwa na tym polu.
  • Nieruchomości. Mój poprzedni wpis na blogu dotyczył właśnie nieruchomości. Podejrzewam, że mogą jeszcze trochę potanieć, ale obawiam się że w Polsce nie będzie to już duży spadek. Na pewno znacznie zmalała ilość transakcji na tym rynku, m.in. ze względu na niechęć banków do udzielania kredytów. Kto chce kupić nieruchomość, aby w niej mieszkać nie powinien raczej zwlekać. Pozostałym osobom doradzałbym raczej poczekać.
  • Surowce, energia, ropa naftowa. Ceny spadły znacząco w ostatnim roku. Po części było to spowodowane tym, że ... wcześniej rosły. Część wzrostów spowodowana była intensywną spekulacją, a po jej ustaniu (z powodu kryzysu finansowego) cena spadła gwałtownie. Swoje robi spowolnienie gospodarcze. Nie ma jednak podstaw sądzić, że ceny mogą jeszcze dużo spadać. Świat nadal zużywa dużo ropy naftowej i węgla, a zasoby się kurczą. Cena będzie powoli rosnąć, co może być zaburzone jedynie krótkimi spekulacyjnymi fluktuacjami.
  • Złoto. Złoto zawsze było dobrą i bezpieczną przystanią. Obecnie staje się coraz popularniejsze. Patrząc jednak trzeźwo i obiektywnie na kurs złota w różnych walutach widać, że jego wzrost wartości jedynie (albo aż) odpowiada utracie wartości tychże walut. Można pokusić się więc o stwierdzenie, że złoto w systemie gospodarczym warte jest zawsze tyle samo, a jego nominalna cena uwzględnia inflację. Pozycja w złocie jest więc świetnym ubezpieczeniem antyinflacyjnym i antykryzysowym.

9 sty 2009

Lokaty

Po ostatnich kilku miesiącach w trakcie których taniały prawie wszystkie aktywa na świecie (nie wyłączając surowców, może za wyjątkiem złota), prawdziwą hossę zaliczył rynek lokat (a przynajmniej w Polsce). Na pewno run na lokaty podsycany był przez marketing banków zaniepokojonych spadającą płynnością i sytych w kredyty na wiele lat naprzód. Mimo to nagłe zamiłowanie rodaków do lokat może nieco dziwić w kontekście obaw z przed kilku zaledwie miesięcy o to, czy nasze pieniądze w bankach są w ogóle bezpieczne. Chciałbym jednak odpowiedzieć przede wszystkim na podchwytliwe pytanie: czy lokaty są w ogóle opłacalne i czy ma sens "inwestowanie" poprzez nie?

Dużo zależy od tego kim jesteśmy i jaki jest nasz cel. Jeśli chcemy tylko odłożyć pieniądze na remont domu, który planujemy za dwa lata, to lokata zawsze jest dobrym wyborem, jeśli jednak chcemy zbudować kapitał emerytalny lub po prostu wzbogacić się, to jest to fatalna droga. Dla przeciętnego Kowalskiego lokata to także może być dobry pomysł. Skoro nie zna się na giełdzie, ani na żadnym innym rynku i nie ma własnej firmy to powinien odkładać pieniądze właśnie na lokacie. A przynajmniej do czasu jak dokształci się i pozna realia rynkowe. Jednak dla młodego, wykształconego i inteligentnego człowieka sprawa wygląda nieco inaczej. Osoba taka powinna podjąć wysiłek poznania mechanizmów działania różnych rynków i po lepszym lub gorszym opanowaniu ich podjęcia ryzyka. Nie oznacza to od razu spekulowania na giełdzie. Młody człowiek może inwestować swój kapitał na rynku obligacji, złota, nieruchomości lub po prostu zaufać tzw. ekspertom i zakupić udziały w towarzystwie inwestycyjnym (co akurat odradzam). Chodzi jedynie o to aby aktywnie zarządzać swoim kapitałem a nie zakopywać je pod drzewem. Z pewnością znacie biblijną przypowieść o talentach, które pewien człowiek rozdał trzem służącym. Jeden z nich bał się straty, więc nic z nimi nie robił i 100% pierwotnej sumy oddał swemu panu. Pozostali dwaj pomnożyli je obracając nimi. Ich pan oczywiście pochwalił tych obrotnych a zganił biernego. Przypuszczam, że gdyby jeden z tych co obracali talentami stracił na tym, też nie zostałby zganiony, w końcu podjął przecież próbę, ale nie udało mu się. Tak czy inaczej, umieszczając pieniądze na lokacie działacie jak ten bierny sługa - nie korzystacie z tego co zostało wam dane (może zamiast na lokatę dajcie mi te pieniądze, po co mają się marnować).

Dlaczego lokata to marnowanie kapitału? Zróbmy proste obliczenie. Czy możemy wzbogacić się wyłącznie przy pomocy lokat? Załóżmy, że mamy 10000zł. W chwili obecnej przeciętna lokata daje oprocentowanie ok 6-7%. Jednak możemy podjąć trochę wysiłku i znaleźć lepszą. Załóżmy, że trafiamy na super promocję: 9% i że ta promocja daje nam szansę założyć lokatę odnawialną na wiele lat (co przy takich promocjach nigdy nie jest prawdą). Oto wyliczenia:
  • odsetki 9% = +900zł
  • podatek, tzw. Belka -19% zysku = -171zł
  • inflacja, ok 4.5%, dla uproszczenia od kwoty początkowej = -450zł
  • RAZEM: 279zł czyli 2.79% kapitału.
Wow, nasz realny kapitał wzrósł o ... 2.79%. Po 20 latach (!) kwota ta urośnie do 17460.43zł (można to sprawdzić np. na stronie dwagrosze.blogspot.com gdzie jest odpowiedni kalkulator). Chyba jednak nie spełnia to mojej definicji wzbogacenia się. Oczywiście jeśli będziemy odkładać co rok 10000zł to sprawa będzie wyglądać nieco inaczej, bo dostaniemy 263036.97zł. Mimo to, kwota taka nie starczyłaby nawet na małe mieszkanie w Warszawie.

Nie ma więc wyjścia. Jeśli nie jesteś już bogaty i (lub) Twoim celem nie jest po prostu przechowanie wartości, to nie masz wyjścia - musisz inwestować aktywnie. Inaczej kup sztabkę złota i zakop pod jabłonią. Będzie bezpieczniej niż na lokacie, a kto wie, może złoto zdrożeje i zarobisz tak czy inaczej, jest na to obecnie spora szansa. Lokata to, nie tak bezpieczne jakby się wydawało, marnowanie kapitału.

9 gru 2008

Moje sukcesy

W poprzednich wpisach opisałem główne wpadki. Dziś pokrótce sukcesy ostatniego półtorej roku.

1. Pobicie WIGu. Narzekałem na straty, które co prawda zaliczyłem do kosztów nauki, ale jednak są stratami. Tym niemniej straty te nie są aż tak ciężkie. Nie można co prawda obliczyć dokładnego zwrotu na kapitale za cały okres ze względu na ciągłe wpłaty. Przyjmując jednak średnią wartość portfela w trakcie tych miesięcy i całkowitą stratę mogę obliczyć, że straciłem ok 30-35% Tym czasem WIG20 w tym samym okresie stracił ponad 55%. Będąc więc w trakcie nauki pobiłem główny indeks giełdowy (i zapewne większość funduszy inwestycyjnych, ale o tym z litości już nie piszę). Pobicie indeksu wynikało głównie z pozostałych sukcesów o których piszę dalej.

2. Przemyślana strategia opcyjna. W przeciwieństwie do wielu nieudanych spekulacji, dla opcji zadziałałem w sposób logiczny i przemyślany. Najpierw wymyśliłem strategię, która według teorii powinna przynosić zyski (opiszę ją w innym wpisie), następnie przeliczyłem ją na kartce dla różnych sytuacji, optymistycznych, pesymistycznych, przeciętnych itp. W końcu zastosowałem ją w praktyce w sposób chłodny i precyzyjny. Pomogło mi tu przeświadczenie, że spekulując bez planu na rynku opcji szybko polegnę. Okazało się, że robiąc to z głową można zarobić. Pewien wpływ na zyski miał szalony październik o rzadko spotykanej zmienności na rynku, co nadało opcjom sporych wartości. Jednak nawet pomijając wpływ tego miesiąca wyszedłem na opcjach na plus. Po 7 miesiącach używania mojej strategii mam na opcjach miesięcznie średnio 10% zwrot z kapitału. Po usunięciu października wartość ta spada do ok 6% co i tak uznaję za niezły wynik.

3. Powstrzymanie się od spekulowania w niekorzystnych warunkach.
Udało mi się to dopiero po pewnym czasie więc nawet nie wiem czy na pewno mogę zaliczyć to do sukcesów. Na początku, przez pierwszych kilka miesięcy, czułem ogromną chęć do grania i ciężko było mi się powstrzymać od zakupów akcji. Ciągłe i uporczywe wchodzenie "pod prąd" wbrew trendowi przynosi spore straty nawet przy używaniu zleceń stop loss i rozsądnym zarządzaniu kapitałem. Dlatego dobrą praktyką jest zrobienie sobie przerwy po każdej nieudanej transakcji. Ostatecznie punkt ten zaliczyłem do sukcesów, bo udało mi się skutecznie wprowadzić go w życie w połowie roku, czyli przed najgorszymi spadkami we wrześniu i październiku. Natomiast jeśli ktoś nie potrafi się powstrzymać przed ciągłym graniem (mi nadal mimo wszystko idzie to ciężko), to powinien wybierać instrumenty umożliwiające grę w obydwie strony - wówczas może pozostać aktywny nawet w czasie trendu spadkowego (np. opcje, czy kontrakty terminowe). Jeśli ktoś nie lubi gry na spadki, to obecnie powinien być nieaktywny co najmniej od grudnia 2007.

4. Nauka na błędach.
Wiele z błędów popełniłem tylko raz, lub maksymalnie 2-3 razy. Starałem się zawsze cofać i analizować swoje historyczne posunięcia próbując zrozumieć co zrobiłem źle. Dzięki temu mam nadzieję, że w przyszłości osiągnę lepsze rezultaty, czego życzę także czytelnikom.

20 lis 2008

Moje błędy cz. 2

Dzisiaj pora na konkretne przykłady moich najgorszych błędów. Podaję je po to aby pokazać, że nauka może być trudna i kosztowna i jak łatwo jest podchodząc do giełdy niby racjonalnie stracić głupio pieniądze. Nie boleję jednak nad nimi bardzo - nauka musi kosztować, tylko taka jest naprawdę wartościowa. Lepiej jest stracić je w ogniu walki i zdobyć przy tym doświadczenie niż wydawać na głupie kursy pseudofachowców lub na stosy książek mówiących wciąż to samo (najczęściej że dobrze jest kupić tanio i sprzedać drogo, dziękuję - to akurat wszyscy i tak wiedzą). Nie zrozumcie mnie źle - czytanie i zdobywanie wiedzy jest dobre i popieram takie podejście jednak nie zastąpi samodzielnie zdobytego doświadczenia.

1. Debiut NewConnect, Digital Avenue. W pierwszej części błędów opisałem owczy pęd jaki kierował mną podczas debiutu rynku NC. Spośród debiutujących spółek zdecydowałem się właśnie na DA jako że spółka ta działa na rynku tak przecież ekscytujących nowych technologii. Jest też właścicielem kilku portali co stanowi już pewną w miarę konkretną wartość (w porównaniu z wieloma spółkami NC, które opierają się głównie na ładnych planach). The last but not the least właścicielem największego pakietu akcji jest prężnie działające MCI. Sądziłem że będzie chciało dużo zarobić i "napompuje" kurs. DA to nie jest beznadziejna spółka, jednak patrząc z dzisiejszej prespektywy można ocenić, że cena emisyjna była przesadzona. A jeszcze bardziej ceny jakie spółka osiągała w dniu debiutu. Ja kupiłem ją za 38zł (obecnie odpowiada to cenie 3.8zł ze względu na split). I wszystko byłoby w miarę ok gdybym w porę sprzedał. Dobre założenia mogą się nie sprawdzić - nikt nie jest nieomylny. Jednak w miarę upływu czasu moje postanowienie o cięciu strat uległo w przypadku tej spółki stopniowej degrengoladzie. Najpierw założyłem sobie, że to jest NewConnect i tu zmienność jest większa więc i stop loss powinien być większy. Ok - niech będzie 10%. Potem "tymczasowo" rozszerzyłem go do 15%. No bo przecież jest debiut i wszyscy wkrótce rzucą się na akcje. Na razie nie rzucają się, bo czekają kilka dni aż rynek się rozkręci. Niestety kurs spadał choć pojedyncze inne spółki urosły co jeszcze gorzej ustosunkowało mnie do sprzedaży waloru. Spadały też obroty co powinno być dzwonkiem ostrzegawczym: nie ma i nie będzie komu kupować, a ci co dostali akcje na początku będą chcieli je przecież sprzedać. Potem szkoda było mi sprzedawać ze stratą 20% tym bardziej, że wciąż nie wierzyłem w trwałość tendencji spadkowej. Spadki trochę wyhamowały w końcu w okolicy 29 zł. 28zł to cena emisyjna - nie wierzyłem że cena akcji może spaść poniżej. Jednak spadła. Przez jakiś czas czekałem aż wróci powyżej już w tym momencie planując sprzedaż i wyjście z jak najmniejszą stratą. Jednak cena nie wróciła i spadała nadal. Kiedy przebiła 20zł przestałem się interesować już dalej tym pakietem. Strata była tak duża, że dalsze straty przestały mieć przy niej znaczenie. Kurs potem spadał dalej, dno osiągając gdzieś poniżej 15zł, już nawet nie pamiętam. Sprzedałem w końcu na odbiciu na poziomie ok 19zł głównie po to aby zaliczyć stratę w roku podatkowym 2007 i żeby odblokować choć część utopionej gotówki. Stratę ok 50%, dobrze że kwota nie była wysoka. Nawiązując do pierwszej części Moich błędów, w tej transakcji popełniłem błędy nr 1, 4 i po części 6.

2. Prawa poboru Masters. Pod koniec roku 2007 postanowiłem pospekulować na prawach poboru Mastersa i kupiłem je po 3 gr. za niewielką w sumie kwotę 600zł. Transakcja ta była zupełnie bez sensu, bo ... nie popatrzyłem kiedy kończy się notowanie pp i potraktowałem je jako jeszcze jedną spółkę groszową. Pomyślałem sobie, że kwota jest mała, więc nie ryzykuję wiele. To stało się początkiem jednej z najdłuższych, najbardziej bezsensownych i najbardziej stratnych z moich transakcji. Kiedy pp spadły do 1 gr i nikt nie chciał ich już kupować najpierw postanowiłem poczekać - a nuż za chwilę je sprzedam. Po czym kolejnego dnia już zakończył się obrót nimi... Wtedy wpadłem w małą panikę, aby nie stracić całej kwoty 600zł musiałem zapisać się na akcje nowej emisji. Było już trochę późno na myślenie, ale mogłem w tym momencie jednak chociaż spróbować zastanowić się nad sensownością tego kroku. Zapis wymagał bowiem wydania kolejnych 1500zł i objęcia akcji nowej emisji za 15gr. Razem z kosztami praw poboru wychodziła mi cena 21 gr za akcję. W tym momencie wydawało się to jednak bezpieczne jako że akcje Mastersa były notowane mniej więcej na podobnym poziomie za ok 21-24gr. Niestety, znów dało o sobie znać to, że nie znałem dokładnie reguł gry. Nowe akcje zostały zintegrowane ze starymi i dopuszczone do obrotu dopiero kilka miesięcy później - już po styczniowych spadkach. Cena akcji Mastersa spadła do ok 17-18 gr. przy czym realne było sprzedanie za 17, bo na 18 była dość spora kolejka. Powinienem w tym momencie sprzedać te akcje realizując stratę 400zł. Niestety tak się nie stało. Dziwne zawirowania jakie stały za moim wejściem na tę pozycję spowodowały że działałem bez planu. Nie wiedząc kiedy sensownie sprzedać akcje postanowiłem przyjąć postawę "aktywnego wyjścia", czyli sprzedać za 1-2 gr powyżej danej ceny. Miałoby to sens gdyby cena rosła. Gdy to się nie sprawdziło próbowałem sprzedać za cenę "bieżącą". Niestety i to się nie sprawdziło, bo na cenę aktualną stale była kolejka i w dodatku cena ta ciągle spadała. Przy ok 14 groszach uwierzyłem z kolei, że "taniej już być nie może". Ale było wciąż taniej i taniej. Wciąż nie mogąc pogodzić się z dużą i powiększającą się stratą zacząłem czekać ze sprzedażą na odbicie. Poniżej 10 gr. przestało mi zależeć i zostawiłem akcje na długi okres. Tymczasem spadły one aż do 7 gr zahaczając czasem o 6gr. Wtedy podjąłem w końcu trudną i jedyną w miarę sensowną decyzję - sprzedałem. Doszedłem do wniosku, że te 700zł które utopione jest w Mastersie jest wciąż cenne i wartościowe i użyte gdzie indziej może przynosić zysk. Poza tym Masters może jeszcze bardzo długo leżeć w okolicach 6-8 groszy a nawet kto wie, spaść do 5 gr. Skoro spadł z ok 20gr (a wcześniej był wart dużo więcej), to wszystko jest możliwe. To było jakieś dwa miesiące temu. I faktycznie, Masters nadal waha się pomiędzy 6, a 7 groszy. Podsumowując: w transakcji tej straciłem 66% z zainwestowanych 2100zł, czyli 1400zł. W dodatku zamroziłem ten kapitał na 10 miesięcy - mógł w tym czasie przynosić zyski. Oto jak ważne jest rozumienie zasad gry oraz cięcie strat. Numerki błędów z poprzedniego wpisu to: 1, 2 (20 gr to wartość po ciężkich spadkach), 3, 5, 6 (kolejka do sprzedaży na Mastersie bywa długa - płynność nie jest więc zadowalająca pomimo sporej ilości transakcji dziennie).

3. Groszówki - Mewa. Zafascynowany możliwością szybkiego i dużego zysku bawiłem się przez pewien czas spółkami groszowymi. Ostatnią z nich, która definitywnie zakończyła mój związek z nimi była i jest Mewa. Dlaczego nadal jest, o tym za chwilę. Kupiłem akcje Mewy po 3 gr. za niewielką na szczęście sumę 500zł sądząc, że maksymalna strata jest z góry znana i wynosi 66% czyli ok 330zł. Za to inwestycja taka daje mi praktycznie nieograniczone możliwości zysku. Gdy cena spadła do 1 gr nie przejmowałem się - niżej spaść się nie da. Trafiłem jednak na kiepski okres walki zarządu giełdy ze spółkami groszowymi. Mewa trafiła na listę alertów i na podwójny fixing. Liczba chętnych do spekulacyjnego kupna spadła drastycznie w ciągu dosłownie dnia o jakieś 95%. Za to została ogromna liczba chętnych do sprzedaży. I teraz okazało się, że co prawda nominalnie spółka nie może być tańsza niż 1 grosz, ale rynek może ją wyceniać niżej. W takich okolicznościach akcji spółki po prostu nie da się sprzedać, bo kolejka do sprzedaży liczy sobie kilkaset milionów akcji podczas gdy chętnych do zakupu jest nie więcej niż na kilkaset tysięcy dziennie. Przy takich obrotach jeśli nic się nie zmieni będzie się czekać w kolejce... kilka lat (a na 2 fixingach nie ma zleceń PKC, co by z resztą też nic nie zmieniło, bo gdyby były, to pewnie wszyscy zgłosiliby takie właśnie zlecenia). Jak do tej pory nikt na giełdzie nie robił odwrotnego splitu, nie ma zdaje się nawet takich technicznych możliwości, ale dla takich spółek jak Mewa GPW będzie kiedyś musiało to wprowadzić, bo sytuacja jest absurdalna. No, przepraszam, jest jeszcze rozwiązanie takie, że firma skupi trochę swoich akcji i je umorzy. Na to na razie się nie zanosi, dlatego zapisałem sobie całą kwotę na stratę. Czyli 100% i 500zł. No cóż, bywa - na przyszłość zapowiedziałem sobie aby nigdy nie kupować spółek z których nie da się wyjść sensownym stop lossem, a groszówki z definicji są właśnie takie. Gdy 1 grosz to 33% to jak założyć SL? Popełnione błędy to 5 i 6.

Tak przedstawiają się moje najgorsze błędy. Opisuję je po to aby nikt ich nie powtórzył, ale także trochę dla samego siebie, aby mocniej je sobie zapamietać i wbić do głowy reguły i antyreguły.

Dla przeciwwagi w kolejnym wpisie przedstawię swoje sukcesy. Nie jest przecież tak, że przez ostatnie półtorej roku tylko traciłem. Nad błędami trzeba było jednak pochylić się najmocniej po to aby w przyszłości popełniać ich mniej.

13 lis 2008

Moje błędy cz. 1

Zbliża się już chwila, gdy na moim rachunku w biurze maklerskim znajdzie się suma 10 tys. zł. Punkt ten uznaję za symboliczny moment zakończenia nauki i rozpoczęcia gry nieco bardziej poważnie. Oczywiście nie będzie to oznaczać przykładania wagi wyłącznie do stopy zwrotu - systematyczne oszczędzanie i zasilanie konta nowymi sumami nadal będzie istotną częścią budowy mojego kapitału. Chciałbym jednak na operacjach giełdowych co najmniej nie tracić, a lepiej byłoby zarabiać.

Okres nauki, to okres powolnej akumulacji kapitału i niestety strat. Ponieważ grałem zawsze za niewielką część dumy pozostającej mi do dyspozycji, to sumaryczne straty nie są dramatyczne. W trakcie tych 18 miesięcy straciłem łącznie ok 2 tys. zł. Nie boleję nad tym specjalnie - traktuję to jako koszty nauki. Trudno oczekiwać w życiu aby jakakolwiek cenna nauka była darmowa. Poza tym co prawda dokładna stopa zwrotu jest trudna do wyliczenia, bo wartość kapitału podlegała dużym zmianom ze względu na częste i nieregularne zasilenia, ale w dużym przybliżeniu wynosi strata wynosi ok 25-30%, co jest i tak niezłym wynikiem w porównaniu do np. WIG20, który od szczytu stracił ok 55-60%. Niestety wiele moich zagrań było kiepskich i trzeba nad nimi się chwilę zastanowić i wyciągnąć wnioski. Niektóre z nich spowodowane były zbyt małą wiedzą i doświadczeniem, ale wiele to problemy psychologiczne. Te ostatnie błędy trudniej jest wyrugować, ale cały czas pracuję nad sobą i staram się je eliminować.

W tym artykule przedstawię ogólnie rodzaje błędów, które popełniłem w ciągu ostatniego półtorej roku. Ich opis i wnioski jakie z nich wyciągam być może pomogą niektórym czytelnikom uniknąć powtórzenia tego samego. W kolejnym wpisie mam zamiar opowiedzieć bardziej dokładnie o kilku moich najgorszych transakcjach.

  1. Błąd długiego terminu, czyli jak krótkoterminowe spekulacje zmieniają się w długoterminowe "inwestycje". Stare powiedzenie giełdowe mówi, że "inwestor długoterminowy to po prostu taki spekulant, który nie sprzedał swoich akcji na czas". Coś w tym jest, chyba prawie każdy odczuł to kiedyś na swojej skórze. Gdy uparcie czeka się aż kurs się odwróci ("Przecież musi się odbić, bo..." - tu wstaw listę swoich argumentów) i nie dopuszcza się myśli o zrealizowaniu 5-15% straty (bo przecież szkoda pieniędzy), to często zostaje się z akcjami na długo i patrzy się na kolejne spadki aż do tego punktu w którym dalsze straty przestają przerażać i już nie zwracają na siebie uwagi. Wydaje mi się, że ten moment to strata 50% sumy zainwestowanej w dany walor. Wytłumaczę o co mi chodzi z tym, że kolejne straty już nie przerażają... Gdy straciliśmy połowę, to kolejny spadek ceny akcji o 50% oznacza dla nas już tylko 25% wejściowego kapitału. Dlatego tracimy coraz mniej. Co za różnica jednak skoro roztrwoniliśmy większość zainwestowanych pieniędzy i aby się odegrać musielibyśmy trafić na ponad 100% zysk! Straty trzeba ciąć jak najszybciej. Staram się teraz wciąż to sobie powtarzać. Nieważne, że jakaś teoria rynkowa ma mocne podstawy, jeśli zaczyna się nie sprawdzać, to nie dajemy jej już więcej szans tylko TNIEMY STRATY!. Taka z tego nauka. Na tym błędzie straciłem chyba najwięcej choć takich transakcji było tylko kilka. Dobrze też, że grałem zawsze tylko za małą część kapitału.
  2. Błąd kuchenny, czyli nie łap spadających noży. Szukanie dołków i szczytów, w których trend się odwróci jest bardzo kuszące. Jeśli się trafi w taki dołek i potem w szczyt, to może być to bardzo zyskowna transakcja. Tylko ile jest transakcji nieudanych... Przy łapaniu dołków można przeżyć tylko jeśli się tnie straty. Inaczej nasz kapitał umrze dość szybko (patrz punkt1). Jednak ciągłe i uporczywe wchodzenie "pod prąd" może skończyć się długą i bolesną serią małych strat. Małych, ale drenujących portfel. W końcu co jest bardziej prawdopodobne: zmiana trendu, czy jego kontynuacja? Zależy to oczywiście trochę od rodzaju trendu (długo- czy krótkoterminowy), ale jednak prawie zawsze kontynuacja jest bardziej prawdopodobna. Są przejściowe okresy, w których kierunek trendu jest niepewny, ale przez większość czasu trend jest jasny. Na przykład: obecny spadkowy trend mógł w sierpniu 2008 wydawać się jeszcze tylko korektą wzrostów, ale już w grudniu 2007 można było zidentyfikować go jako spadkowy. A jeśli ktoś nadal nie był pewien wtedy, to czy mógł mieć wątpliwości w sierpniu 2008? Wystarczy rzut oka żeby powiedzieć, że nie. Skąd więc zaskoczeni w październiku? Łapanie dołków to głównie problem psychologiczny. Wiąże się to też z chęcią ciągłego bycia na rynku i ciągłego zarabiania. Dlatego dobrze jest używać instrumentów pozwalających grać zarówno na wzrosty jak i na spadki. Wtedy łatwiej jest wyzwolić się z manii łapania dołków i grać z trendem. To była jedna z recept w moim przypadku. Po wielu długich seriach małych strat spowodowanych próbami łapania dołków oswoiłem się z opcjami (a obecnie oswajam się z kontraktami terminowymi), co spowodowało zmniejszenie ilości transakcji "łapiących noże". Nadal niestety łamię się czasem i wiem, że wciąż muszę nad sobą pracować.
  3. Błąd toksycznych praw poboru, czyli o tym, że trzeba wiedzieć w co się inwestuje. Inwestując w jakiś papier trzeba wiedzieć z czym wiąże się jego zakup. Dobrze znać reguły gry (chociaż większość) zanim zacznie się grać! Raz na przykład kupiłem prawa poboru (bo były za 1 grosz i myślałem że to świetna okazja) nie sprawdzając, że za 3 dni kończy się obrót nimi. Przez te 3 dni nie udało mi się już ich sprzedać i musiałem za karę kupić przypadające na nie akcje (aby nie stracić wydanych pieniędzy), choć wcale nie chciałem ich mieć. Z kolei zanim nowe akcje weszły do obrotu kurs spółki znacznie spadł i ostatecznie straciłem na tym więcej niż wartość tych praw poboru... Z innych rzeczy, które warto wiedzieć, to płynność waloru, mnożnik czy wielkość pakietu (kontrakty), termin wygasania (kontrakty, opcje), planowane splity i emisje akcji itp. Zanim wejdzie się choćby krótkoterminowo w jakieś akcje koniecznie należy sprawdzić takie informacje! Jeszcze lepiej jest wyznaczyć sobie kilka - kilkanaście walorów, śledzić je i inwestować tylko w nie. Przy okazji oszczędzimy sobie nieco szumu informacyjnego. Ta zasada jest zdrowa niezależnie od tego czy używamy AT, czy AF. Tej klasy błędów nie popełniłem wiele razy, jednak kosztowała mnie sporo. Natomiast uniknąłem tego typu problemów w inwestowaniu w fundusze inwestycyjne (po przeczytaniu regulaminów i zastanowieniu się nad ideą TFI zaraz skreśliłem je na zawsze, będzie jeszcze o tym wpis na blogu) oraz w opcje (opcje postrzegane są jako coś niezwykle skomplikowanego, toteż od razu podszedłem do nich analitycznie najpierw wymyślając kilka pasujących mi strategii i testując je, a następnie konsekwentnie używając ich - opcje w takich warunkach okazały się proste i zyskowne).
  4. Błąd stadny, czyli unikaj owczego pędu. Nigdy specjalnie nie interesowały mnie sugestie tzw. analityków czy porady "dobrze poinformowanych" na forach dyskusyjnych. Jednak jeden raz dałem się ponieść owczemu pędowi i magii nowości. Był to debiut rynku New Connect. Już pierwszego dnia rzuciłem się do kupowania akcji, aby nic mi nie umknęło (dałem się nabrać na mit odjeżdżającego pociągu). Założyłem przy tym od razu, że na tym rynku zmienność będzie zapewne duża więc nie powinienem się przejmować chwilowymi wahaniami. Zmienność była faktycznie duża, tyle że głównie w dół, a takie podejście sprowokowało błąd numer 1. Patrz też błąd numer 6 - płynność na tym rynku spadała całe tygodnie począwszy od przyzwoitej pierwszego dnia do bliskiej zeru po pewnym czasie (nie licząc spółek, które akurat debiutują). Malejące obroty udowadniają z resztą, że nie tylko mnie poniósł owczy pęd. Co do rynku NC to sprawa jest prosta: zarabiają głównie emitenci i ci co mają akcje przed debiutem. Wiele firm na tym rynku to krzaki, a w najlepszym razie są one kilku- (albo kilkunasto-) krotnie przecenione. Sens wchodzenia w ten rynek pojawi się dopiero gdy większość spółek spadnie o 95% i zacznie się ogólny trend wzrostowy na GPW.
  5. Błąd groszowy, czyli magia małych i dużych liczb. Wszyscy znamy te spółki z akcjami po kilka groszy: kupię po 3 grosze, sprzedam po 4 i mam 33% zysku... Nawet jeśli w kolejce trzeba stać 2-3 miesiące, to i tak super zysk! W praktyce nie jest to takie różowe a duża zmiana staje się mieczem obosiecznym. Równie dobrze może okazać się, że trzeba będzie sprzedać po 2 grosze. Szczególnie w okresie bessy powinno się dwa razy dobrze zastanowić zanim kliknie się przycisk "kupuj". Kupić jest łatwo, sprzedać trudniej. A kto nie wierzy, niech sprawdzi historię Mewy - dziś nie da się jej sprzedać za 1 grosz... Ogólnie mówiąc, to o ile w czasie hossy może mieć sens kupno "groszówek" za jakąś małą kwotę, o tyle w czasie bessy trzeba się trzymać od tego z daleka. Tak, czy inaczej, trzeba też mieć świadomość, że jest to w praktyce czysty hazard.
  6. Błąd pływacki, czyli płynność jest potęgą. Często jest tak, że szukając dobrej okazji przeglądamy wykresy dziesiątków spółek, aż w końcu trafiamy na jakiś obiecujący, który daje nadzieję na wzrost. Spółeczka jest mała i niewiele o niej wiemy, ale właśnie wystrzeliła 20% w górę i mamy nadzieję na kolejne powiedzmy 50%. Kupujemy, ale ostrożnie. Zakładamy, że jak spadnie o 10% to natychmiast sprzedajemy. Niestety wyskok był fałszywy, spółka spada jak kamień z powrotem do poprzedniej wartości, a my w panice próbujemy sprzedać i... okazuje się że arkusz zleceń po stronie kupna jest prawie pusty. Z przerażeniem widzimy, że próba sprzedaży PKC skończy się kolejnym wystrzałem o 20% tyle że w dół (razem daje to ok 36% straty - katastrofa!). Sfrustrowani tym faktem dajemy zlecenie sprzedaży po bieżącej cenie i... czekamy kilka miesięcy patrząc na niemal zerowy obrót i zsuwającą się systematycznie cenę. W końcu albo udaje nam się sprzedać po jakichś 25% poniżej ceny zakupu, albo wręcz wyrzucamy je rozpaczliwym PKC. Ewentualnie zakopujemy kapitał na wiele długich i ciężkich miesięcy stając się inwestorem długoterminowym (patrz błąd nr1). Mało płynne spółki to potencjalna trucizna i zbyt duży hazard. Przekonałem się doświadczalnie, że gra na takiej spółce uniemożliwia stosowanie jakiejkolwiek sensownej strategii. Nie daje nawet szansy na sensowne stosowanie zleceń obronnych. W czasie hossy na takich spółkach można próbować strzałów jak na loterii, ale w czasie bessy należy unikać ich szerokim kołem. Lepsza spółka o nieco mniejszych perespektywach wzrostu, ale taka, która umożliwia rozsądne wejście i wyjście w każdym momencie. Jeśli ruchy na spółkach z WIG20 są dla ciebie za małe, to już lepiej spróbuj grać na kontraktach. Ale uwaga! Kontrakt na akcje pewnej spółki może mieć o kilka rzędów wielkości mniejszą płynność niż jej akcje.
cdn.

27 paź 2008

Przyzwyczajenia a zmienność rynku

Zmienność rynku rośnie z wielu przyczyn: rosnąca niepewność uczestników rynku, co do jego kierunku rozwoju, dramatyczne wydarzenia w gospodarce itp. Jest jednak jedna przyczyna, która jest rzadko podawana, a która jest dość ciekawa. Jest nią przyzwyczajenie graczy do pewnych wielkości liczbowych. Jak to możliwe, że coś takiego mogłoby wpłynąć na zmienność?

Jak wiadomo wszyscy do czegoś się przyzwyczajamy. Inwestorzy na GPW na przykład w ostatnich latach przyzwyczaili się do tego, że "naturalny" poziom WIG20 to z grubsza 3000 punktów. Oczywiście jak to na giełdzie: zawsze są wahania, jednak 4000 czy powiedzmy 2500 to pewna odchyłka do zaakceptowania przez nasz mózg. Jednak jeśli typowe poziomy nagle zmieniają się gwałtownie, to nie potrafi on nagle przestawić się, co może dawać ciekawe efekty.

Zjawisko takie nazywane jest czasem hakami psychologicznymi. Przyjrzyjmy mu się bliżej: dla WIG'u 20 o wartości 4000 punktów zmiana o 100 punktów, to 2.5% a więc nie tak znowu dużo: nieraz zdarzają się takie dzienne zmiany. Dla poziomu 2500 te 100 punktów to już 4%. Ale gdy piszę te słowa WIG20 znajduje się już na poziomie 1500 punktów po zjeździe o 900 punktów w ciągu miesiąca! Dla poziomu 1500 punktów 100 punktów dziennej zmiany to już 6.67%. Taka zmiana to bardzo dużo. Jednak jest bardzo wielu inwestorów, którzy przyzwyczajają się do analizy zmian punktowych a nie procentowych i patrzą na ruchy indeksu jak przez szkło powiększające. Są skłonni do uznawania takich samych wahań indeksu (procentowych) jako mniejszych niż zwykle (w końcu punktowo są one mniejsze) i co za tym idzie skłonni do agresywniejszej gry. Dodajmy do tego grających intensywnie na konktraktach i opcjach, którzy faktycznie tracą i zyskują tyle samo dla tych samych zmian punktowych a nie procentowych (i dla których spadek wartości indeksu oznacza mocne zdelewarowanie gry, a dla niektórych to oznacza mniejszą adrenalinę i generalnie nudę) i nie powinno być dziwne dlaczego prawdopodobieństwo dużych jazd indeksu w dwie strony jest obecnie większe.

Jeśli trend spadkowy zmieni się w boczny lub łagodnie rosnący (spadający), to po pewnym czasie zmienność spadnie, a wszyscy przyzwyczają się do nowych poziomów i wartości zmian dziennych. Aż do czasu, znów pojawi się ostry i dramatyczny trend, który wybije giełdę z poziomu równowagi. Ciekawym wnioskiem, który płynie z tych rozważań i który jest zgodny z moimi obserwacjami wykresów jest to, że: zmienność spada powoli przez długi okres czasu, po którym następuje szybkie, ostre wybicie, krótki okres wzrostu (kulminacja i przesilenie trendu)i znów powolne spadki. Pewnie dałoby się to zbadać matematycznie, ale nie mam niestety na to czasu.

5 wrz 2008

Trend is your friend

Trend powinien być uznawany tak długo dopóki trwa. Trend wyznaczany powinien być przy pomocy linii trendu. Zazwyczaj uznaje się, że im więcej razy kurs odbije się od linii trendu tym trend jest silniejszy. Oczywiście kiedyś linia trendu zostanie przebita i trend się zmieni. Jednak kiedy kurs zbliża się do linii trzeba uznać, że bardziej prawdopodobne jest odbicie się od linii, a nie przebicie. Niektórzy twierdzą, że gdy trend odbił się już kilka razy od linii to prawdopodobieństwo zmiany kierunku jest większe. Dlaczego? Czy wyrzucenie 10 razy z rzędu reszki powoduje, że 11 raz szansa na reszkę jest mniejsza niż na orła? (Patrz mój poprzedni wpis Jak wyrzucić orła?) Czasem przypadkiem trafią, gdy trend jest słaby i przy trzecim czy czwartym teście linia zostanie przebita. Jednak ignorując zasadę "trend is your friend" tracą szansę na zarobki w tych długich, wyczerpujących trendach, które w praktyce są najlepszą okazją do zarobków w chaotycznym świecie giełdy. Przykład pierwszy z pod ręki. Wykres WIG20 z zamknięcia dnia wczorajszego (tj. 04.09.2008):
Trend trwa już prawie 10 miesięcy a kurs odbił się już 4 razy od linii trendu i właśnie testuje ją po raz 5. Ktoś, kto chce inwestować długoterminowo powinien otworzyć krótką pozycję w grudniu (po pierwszym odbiciu, które faktycznie uformowało linię trendu, wcześniej nie było jej co oczywiste) i nadal przy niej trwać, cieszyć się z zysków i zamknąć dopiero po skutecznym przebiciu trendu (czyli wejściu o ok 2-3% ponad linię). Kto chce grać krótkoterminowo może otwierać pozycje krótkie w okolicy linii trendu i zamykać je niżej szukając dołków. W dołkach otwierać pozycje długie i zamykać je po dojściu do linii trendu. Wystarczy, że trend zostanie zachowany w co najmniej 2 próbach i nasz zarobek będzie niemal pewny.

Kiedyś trend się skończy i podążając za nim doznamy straty, ale ucinając ją w porę nie stracimy dużo zachowując większość zysków. Po co więc ryzykować grając po prąd? Skoro kurs odbił się już 4 razy, to czemu nie miałby odbić się po raz 5. A więc czyś inwestor długoterminowy, czy spekulant pamiętaj: trend is your friend.

PS: Dziś WIG20 jest już 2.5% na minusie, więc wygląda na to, że i tym razem trend zostanie zachowany, a kolejną próbę przełamania linii trendu można uznać za nieudaną. Ciekawe jak głębokie będą spadki tym razem?

1 wrz 2008

Jak wyrzucić orła?

W filmie "Rosencrantz i Guildenstern nie żyją" (na podstawie sztuki o takiej samej nazwie, obydwa polecam - warto!) bohaterowie rzucają monetą. I wciąż wypada reszka... I tak 157 razy... W miarę jak sytuacja zaczyna się wydawać coraz bardziej nieprawdopodobna bohaterowie wymyślają coraz bardziej skomplikowane teorie próbujące wyjaśnić czemu nie wypada orzeł. A przecież za każdym razem szansa wyrzucenia orła i reszki jest taka sama, więc czemu nie miała by znów wypaść reszka? Gdybym z kolei grał w totolotka, to nie miałbym oporów przed skreśleniem kombinacji 1,2,3,4,5,6 z takim samym prawdopodobieństwem jak dowolnej innej wymyślnej serii liczb. Obydwie są tak samo prawdopodobne pomimo, że pierwsza WYGLĄDA na ułożoną celowo według wzoru. Jednak to tylko nasz mózg próbuje uporządkować chaos świata i znaleźć porządek tam gdzie go nie ma. O ile tylko losowanie jest uczciwe, to maszynie losującej jest wszystko jedno co losuje.

Grając na giełdzie nie można ignorować możliwości wystąpienia nieprawdopodobnie długich serii, dlatego sensowne wydaje się odpowiednie zarządzanie kapitałem, za to mniej sensowne ryzykowanie dużych kwot w pojedynczej inwestycji, uśrednianie ceny zakupu, czy łapanie dołków. To są jednak tematy na inne artykuły, tu chcę poruszyć nieco inne problemy.

Wielu graczy na rynku, a w szczególności posługujących się AT (choć nie tylko) tworzy swoje własne systemy gry, a co najmniej zbiory zasad mówiących kiedy i ile kupić oraz kiedy i ile sprzedać. O czym warto pamiętać podczas tworzenia, testowania i używania takiego systemu:
  • Długa seria negatywnych wyników może nas zniechęcić do używania systemu. Jednak taka seria nie jest nigdy dowodem na to, że system jest niewłaściwy. Gdyby tak było, to wyrzucenie np. kilka razy z rzędu reszki byłoby dowodem na to, że reszka jest dużo bardziej prawdopodobna niż orzeł. Taki wynik oznacza jedynie to, że nasza próbka danych jest zbyt mała do użycia jej jako empirycznego dowodu. Przed piekłem zbyt małej próby na giełdzie może nas uchronić jedynie odpowiednie zarządzanie kapitałem i stop loss.
  • Długie, złe serie są bardziej prawdopodobne przy większej wariancji systemu (czyli w uproszczeniu większemu rozrzutowi wyników lub inaczej zmienności tychże). W miarę możliwości powinniśmy wybrać system o jak najmniejszej wariancji. Więcej o tym w poście Zarządzanie kapitałem w sekcji Wielkość pozycji.
  • Warto wiedzieć dlaczego nasz system powinien działać i skąd bierze się jego potencjalna siła. Np. "używam wskaźnika X, bo gdy jego wartość jest mniejsza niż Y to świadczy to o wykupieniu rynku ponieważ wskaźnik pokazuje aktywność kupujących" albo "używam przecięcia średnich ruchomych Z i V ponieważ pokazuje mi to kierunek trendu średnioterminowego". Wtedy nie tylko mamy większe szanse być po dobrej stronie rynku (o ile nasze teoretyczne podstawy są prawdziwe), ale będziemy spokojniejsi i mocniejsi psychicznie a prawdopodobieństwo tego, że porzucimy system po kilku nieudanych transakcjach są mniejsze. Na pewno nie warto stosować systemu stworzonego przez kogoś innego, którego nie rozumiemy do końca.
  • Mimo tego co napisałem w pierwszym i trzecim punkcie nie przyzwyczajajmy się za bardzo do raz stworzonego systemu. Wciąż zastanawiajmy się nad tym, czy przypadkiem nie popełniliśmy jakiegoś błędu. Jednak róbmy to przy użyciu rozumu a nie emocji.
  • Nie ufajmy za bardzo danym historycznym. Najlepszym systemem nie jest ten, który osiągnął najlepszy wynik dla X spółek w ostatnich Y latach. Ten system to system najlepiej zoptymalizowany w stosunku do danych historycznych. Przynosił kiedyś zyski ale nie wiemy czy przyniesie w przyszłości. Gdybyśmy mieli dane historyczne pokazujące 157 wyrzuconych reszek, to pewnie najlepszy dla takich danych okazałby się system nakazujący obstawianie zawsze reszki. Pobiłby na głowę wszystkie inne systemy! Najlepszy system, to ten który ma najlepsze podstawy i o którym wiemy DLACZEGO ma szansę działać i przynosić dochód. Oczywiście nie znaczy to, że mamy zupełnie ignorować dane historyczne. Statystyka to przewrotna nauka; istnieją niezerowe szanse, że ten system, który był dobry kiedyś, będzie dobry i w przyszłości. Nie wolno jednak polegać TYLKO na tym kryterium. Lepiej jest wybrać kilka systemów, co do których wiemy jak działają i dlaczego są ok, po czym sprawdzić, który z nich radził sobie najlepiej na danych historycznych. Nasze statystyczne szanse na to, że będziemy po właściwej stronie rynku powinny być wtedy spore.
  • Spróbuję obalić pewien mit, który zdarza mi się nieraz widywać na różnych stronach i blogach poświęconych inwestowaniu. Załóżmy, że mamy system, który jest trafny 6 na 10 razy. Nie ważne skąd pochodzi ta wiedza, uznajmy to za aksjomat. 60% skuteczności to dość dużo aby zarobić. Ale można też stracić... Jeśli będziemy stosować system niekonsekwentnie to faktycznie możemy stracić. Tutaj jednak często w komentarzach pojawia się pewna przesada wynikająca jak sądzę ze strachu przed stratami. Ich autorzy twierdzą, że jakiekolwiek omijanie sygnałów systemu może doprowadzić do strat spowodowanych ominięciem zyskownych transakcji. Ok, trzeba stosować system konsekwentnie, ale nie ma potrzeby aby wykorzystywać literalnie każdy sygnał i np. katować się w czasie urlopu śledzeniem notowań i ślęczeniem przed komputerem w celu wysyłania zleceń... Takie czysto przypadkowe pomijanie sygnałów (nie wiadomo jakie sygnały odpuszczamy jadąc na urlop, może dobre a może złe) zupełnie niczego nie zmienia. I tak nasza próbka jest bardzo mała, bo nawet wykorzystując wszystkie sygnały przez powiedzmy rok - ile transakcji możemy przeprowadzić? 10 - pewnie tak, 100 - może ? 1000 - nie wierzę że ktoś jest w stanie a z resztą pewnie i tak zjadłyby go prowizje. 100 to na tyle mała próbka, że i tak możemy mieć pecha i trafić np. na 40 udanych i 60 nieudanych transakcji. To możliwe, bo w kolejnych 100 transakcjach system mógłby dać 80 udanych i 20 nieudanych i "wyrobić" swoje 60%. Tylko, że my nigdy nie wiemy co będzie dalej. Skąd po 20 nieudanych próbach możesz wiedzieć, czy następne 80 nie będzie udanych? Skoro i tak nie jesteśmy w stanie przeprowadzić dużej liczby transakcji oraz nie znamy przyszłości ani rozkładu udanych i nieudanych sygnałów, to na nasz wynik zawsze kładzie się cień niepewności. Pewne jest jedynie to 60%, które sobie teoretycznie obliczyliśmy. Cóż więc zmieni opuszczenie kilku sygnałów? Nie wiemy jakie one będą ani co będzie dalej, bo nawet jeśli odpuścimy 10 kolejnych trafnych sygnałów, to nadal, powtarzam nadal szansa na prawidłowy sygnał wynosi 60%. Nieważne co nas ominęło, szansa na pojawienie się udanego sygnału to ZAWSZE 60% (kto nie wierzy lub nie rozumie tego - niech wróci do Rosencrantza i Guildensterna i ich reszek). Oczywiście mówię tu o z góry założonej przerwie w grze, a nie braku konsekwencji polegającym na subiektywnym wyborze sygnałów ("ten sygnał wygląda mi podejrzanie, odpuszczę go i użyję kolejnego"). Takie podejście to pierwszy krok do kłopotów i zdecydowanie go odradzam. Po co nam system dający sygnały skoro negujemy je subiektywnie. W ten sposób możemy zawsze odrzucać pewną klasę sygnałów, co spowoduje że te 60% już nie będzie prawdziwe (bez tej grupy pomijanych sygnałów otrzymamy de facto inny system).
W prawdziwym życiu nie podlegamy jednak wyłącznie prawom statystyki i rachunku prawdopodobieństwa. Jest jeszcze psychologia tłumu, która wprowadza pewne drobne różnice. Drobne, ale istotne. Podany przeze mnie na początku przykład totolotka i liczb 1,2,3,4,5,6 jest oczywiście bez zarzutu - szanse wyrzucenia innej kombinacji są dokładnie takie same. Ale ilość osób, które wybiera różne kombinacje nie jest taka sama! Dużo więcej osób skreśli pierwszych 6 cyfr tylko ze zwykłego lenistwa, o wierze w ładne wzorce i teorie spiskowe nie wspominając. Więc skoro główna nagroda jest dzielona pomiędzy zwycięzców, to wygrywając ją po skreśleniu popularnej kombinacji otrzymam małą sumę. Wygrywając jako jedyny, po skreśleniu niepopularnej kombinacji - wygram dużo i dlatego gdybym grał omijałbym serie takie jak 1,2,3,4,5,6. Nie dotyczy to jednak multilotka, w którym o ile mi wiadomo wygrana nie jest dzielona, lecz ma stałą kwotę. Ta cecha tejże gry izoluje nas od psychologii tłumu pozwalając wrócić do czystych prawideł kombinatoryki i rachunku prawdopodobieństwa. A sam temat psychologii tłumu to materiał na odrębny wpis...

6 sie 2008

Kup, trzymaj i płacz

Metoda Kup I Trzymaj jest wyznawana przez wiele osób, które kupiły akcje w niewłaściwym momencie, lub nawet kupiły we właściwym ale nie zdołały sprzedać w odpowiednim. Trudno krytykować jednoznacznie te osoby, skoro sam miałem okres, w którym przez ponad pół roku trzymałem akcje, spadające o ponad 50% i ciężko było mi się ich pozbyć (była to suma kilkuset złotych, niby nie tak dużo, ale stanowiło to ok 10% mojego ówczesnego kapitału). Musiałem przełamać istotny opór psychiczny i mocno przekonać samego siebie, że ciągnięcie tego dalej nie ma sensu. No tak, ale to są błędy okresu nauki - każdy może je popełnić. Trudno jednak uwierzyć, że metodę Kup i Trzymaj mogą polecać początkującym inwestorom doświadczeni analitycy i doradcy. Radzą tak teraz, po prawie roku spadków, radzili i na szczycie hossy jak i tuż po rozpoczęciu spadków. Radzący często każą nie przejmować się spadkami, które jeszcze mogą nadejść (a więc z góry zakładają stratę dla osób którym doradzają) i potrzymać kupione akcje przez kilka lat. Wygląda więc na to, że pomimo iż argumenty przeciwko takiej metodzie inwestowania były przytaczane wiele razy przez wiele osób, to nadal istnieje potrzeba "rozprawienia" się z tym mitem.
Oto powtarzane czasem argumenty za metodą Kup I Trzymaj:
  • Osoby o małym doświadczeniu nie potrafią precyzyjnie powiedzieć kiedy wejść i wyjść z pozycji. Tak, więc najlepszą metodą jest zaufanie doradcom i wejście wtedy kiedy oni doradzają wejść. Szkoda tylko, że doradcy prawie zawsze doradzają kupowanie. Na szczycie hossy pisali, żeby kupować akcje zgodnie ze wzrostowym trendem. Od czasu rozpoczęcia spadków przez cały czas ich trwania wieszczyli, że dno jest już blisko (zawsze tylko 5-10% od danego poziomu) i jest to świetna okazja do zakupów. Zawsze znajdą jakieś uzasadnienie żeby niedoświadczony inwestor zrobił tak jak chcą (żeby mogli zgarnąć prowizję) Jednak w rzeczywistości najlepszą strategią dla niedoświadczonego i pasywnego inwestora jest wykonywanie ruchów rzadko, ucinanie strat na poziomie powiedzmy 10% (wychodzimy z inwestycji i czekamy aż sytuacja się wyklaruje) a zamiast celowania w dołek i górkę albo słuchania doradców - regularne zakupy za stałą kwotę pozwalające na uzyskanie niezłej średniej ceny zakupu. Nie ma to nic wspólnego z uśrednianiem strat o którym piszę dalej!
  • Jestem inwestorem długoterminowym, nie interesuje mnie krótkoterminowa spekulacja. A czy interesuje cię utrata połowy kapitału? Jeśli wartość waloru spada, to pewnie popełniłeś(aś) błąd przy wyborze. Po co przy nim tkwić? Czy nie lepiej sprzedać i zainwestować w coś innego, przynoszącego zyski? Inwestowanie długoterminowe to nie kup i trzymaj bez żadnego planu. Można kupić akcje z myślą o wielu latach i trzymać je jeśli pną się do góry, ale jeśli spadną więcej niż z góry założone x % to należy je sprzedać! Po silnym trendzie spadkowym można odkupić je taniej, lecz dla inwestora długoterminowego nadrzędną zasadą powinna być ochrona kapitału.
  • Dopóki nie sprzedam akcji nie straciłem. Czasami na mało płynnych rynkach ma to pewien sens. Zazwyczaj jednak jest to tylko mit i niemądre usprawiedliwienie. Strata, to strata. Po co w ogóle trzymać jakiekolwiek akcje jeśli nie spodziewamy się, że wzrosną. Jeśli straciliśmy na nich, ale mimo to sądzimy, że wkrótce ich wartość znacznie wzrośnie, to w porządku - takie postępowanie można uznać za uzasadnione (o ile prognozując rozwój wydarzeń dla waloru, który posiadamy jesteśmy w stanie zachować obiektywność). Twierdzenie, o tym że "wirtualna" strata nie jest prawdziwą stratą jest tym bardziej fikcyjne, że w każdej chwili możemy sprzedać i natychmiast kupić te same akcje. Być może cena będzie minimalnie inna i stracimy też trochę na prowizji, jednak patrząc z większej perespektywy widać, że jest to operacja neutralna. Co więcej: wiele osób robi tak tylko po to, by strata przelała się na papier aby zmniejszyć podatek lub uniknąć go! Tak więc trzeba przyjąć do wiadomości, że wraz z ruchami cen, tracisz i zyskujesz bez przerwy. Nie zawsze są to realne ceny, po których byłbyś w stanie kupić/sprzedać ze względu na problem płynności, ale masz obowiązek traktować poważnie "wirtualne" zmiany wartości portfela jeśli nie chcesz zostać inwestorem długoterminowym z konieczności.
  • Jeśli rozsądnie wykonuję dywersyfikację portfela, to mogę nie przejmować się utratą, nawet znaczną, wartości pojedynczej spółki, bo nadrobią to z nawiązką inne spółki. Jest to mit, który boleśnie weryfikuje pierwsza większa bessa. Gdy spada cena 400 spółek, a rośnie 10, dywersyfikacja polegająca na kupnie akcji wielu różnych spółek z różnych sektorów gospodarki, zawodzi. Aby naprawdę zdywersyfikować portfel należałoby poza akcjami trzymać w nim jeszcze: złoto, gotówkę, kontrakty na towary a dobrze byłoby też jakąś nieruchomość. Dopiero wtedy możemy mówić o jakimś zabezpieczeniu. Ale i wtedy nie widzę jakoś bardzo sensu na godzenie się ze stratami, których można uniknąć. Jedynym wyjątkiem jest sytuacja, gdy wchodzimy w jakąś bardzo ryzykowną, ale i potencjalnie bardzo zyskowną transakcję małą częścią kapitału. Na przykład mam 1000zł przeznaczone na ryzykowne inwestycje i co pewien czas wchodzę na rynek za 100zł. Jeśli stosunek zysk/ryzyko to 1:3 to mogę nawet zaryzykować całe 100zł. Raz stracę, może i drugi, a trzeci zarobię 300zł.
  • Ze względu na wzrost gospodarczy akcje w dłuższym terminie zawsze rosną. Zakup akcji jest najlepszy w perespektywie co najmniej 5-10 lat. Powiem prosto: popatrzcie na wykres indeksu giełdy w Tokio (nikkei). Ktoś, kto kupiłby akcje na szczycie hossy pod koniec lat 80, dziś miałby mniej niż 40% swojego kapitału chociaż minęło prawie 20 lat - całe pokolenie! Nie mówiąc o stratach spowodowanych inflacją w tym okresie! W zasadzie mogłem nie pisać takiego długiego artykułu tylko podać ten przykład i wystarczyłoby to za resztę słów. Tym bardziej nie mogę zrozumieć dlaczego doradcy im bardziej ryzykowny instrument sprzedają, tym dłuższy okres czasu sugerują jako horyzont inwestycji. Dla funduszy akcji podają właśnie 5-10 lat jako idealny termin. Dlaczego? Czy sądzą, że dłuższy termin zwiększy przewidywalność inwestycji i zmniejszy ryzyko i możliwą zmienność stóp zwrotu? Na zasadzie: raz rośnie, raz spada, to pewnie wyjdzie na zero? Być może, ale czy naprawdę ktokolwiek jest w stanie podjąć się próby przewidzenia, co może zdarzyć się na świecie w ciągu kolejnych 10 lat? Może gospodarka USA zbankrutuje i zastąpią ją np. Chiny, może będzie ciężki światowy kryzys gospodarczy, a może wprost przeciwnie - po wynalezieniu nowego, wspaniałego źródła energii ludzkość czeka bezprecedensowy okres wspaniałej prosperity?
  • Po spadkach kupię taniej i uśrednię cenę zakupu w dół. Tak może rozumować tylko osoba o wyjątkowo słabej znajomości matematyki lub... bardzo zakochana w posiadanych przez siebie akcjach. Tak bardzo, że aż oszukuje samego siebie. Uśredniając zwiększamy kapitał zaangażowany w tracący walor. A strata na pierwotnym pakiecie akcji nie zmniejsza się ani trochę. Co najwyżej zyskamy trochę na nowym pakiecie. A może stracimy więcej na obydwu. Dokupywanie akcji ma sens TYLKO jeśli spodziewamy się wzrostów kursu akcji i w dodatku większych niż innych spółek. Jeśli uważasz, że spółka Y ma lepsze perespektywy wzrostu niż X, której akcje posiadasz, to po co dokupywać X? Sprzedaj X i kup Y!
Co może zrobić zwykły zjadacz chleba ze swoimi udziałami w TFI? Ufać doradcom i czekać jak baran na rzeź? Nie, i nie trzeba wcale dużej aktywności, żeby dobrze zarządzać swoim kapitałem. Wystarczy raz na tydzień, dwa przeczytać gazetę patrząc czy coś złego nie dzieje się w światowej i lokalnej gospodarce i z taką samą częstotliwością sprawdzać stan rejestru. I sprzedać wszystko w momencie gdy zaczyna się poważny kryzys gospodarczy lub wartość jednostki spadnie o powiedzmy 10%. Gdyby rzesze Kowalskich tak robiły, to sprzedały by swoje udziały gdzieś w sierpniu 2007, no powiedzmy w najgorszym razie w grudniu...

Inna sprawa, że większość nie może mieć racji. Na rynkach finansowych większość mająca rację to sprzeczność sama w sobie, co częściowo wyjaśniałem w poprzednim wpisie dotyczącym entropii na rynkach finansowych, który polecam...

4 sie 2008

Entropia a inwestowanie

Do napisania tego artykułu zainspirowały mnie przechwałki pewnego zarządzającego funduszem inwestycyjnym, który sądzi że w dłuższym terminie zawsze będzie w stanie wygrywać z rynkiem. Nazwisko i nazwę funduszu pomijam, bo nie mają one znaczenia tym bardziej, że stanowisko takie nie jest rzadkie. Praktycznie każdy z nas sądzi, że będzie cwańszy od innych uczestników rynku. Czasem nawet może to być prawda i zdolny inwestor może być lepszy od rynku, warto jednak, by w tym pędzie do pieniędzy czasem przystanął na chwilę i zastanowił się nad tym skąd biorą się jego zarobki i z czym to się MUSI wiązać.

Jeśli na pewien rynek spojrzymy tylko z punktu widzenia spekulacji i potraktujemy go jako zamknięty system (tj. bez dopływu kapitału z zewnątrz), to szybko dojdziemy do wniosku, że aby jeden uczestnik rynku zyskał, drugi musi stracić. Oczywiście chodzi o sumaryczną wartość kapitału a nie liczbę spekulujących, więc może być tak, że na duży zysk dla jednego gracza złoży się wiele strat wielu innych graczy. Ten fakt pomijamy jako niestotny. Malkontenci (tj. tutaj akurat niepoprawni optymiści) w tym momencie powiedzą zapewne, że przecież: jeśli ja kupię coś za 1zł, gracz X kupi ode mnie za 5zł, od niego kupi gracz Y za 20zł, a od niego Z za 100zł itd. to wszyscy zyskują. To rozumowanie ma jednak dwa słabe punkty. Po pierwsze ostatnia transakcja w takim ciągu nie jest nigdy rozliczona. Któryś z kolejnych kupujących straci, kiedy rozliczy transakcję w sytuacji gdy kurs w końcu zacznie spadać. Aby tak się nie stało cena musiałaby rosnąć do nieskończoności. I tu z kolei pojawia się drugi słaby punkt: zakupy muszą odbywać się po coraz większej cenie a więc z użyciem coraz większego kapitału. Tak więc albo wolumen będzie spadać (aż do zera) albo konieczny jest dopływ kapitału, co jest niezgodne z naszymi założeniami zamkniętego systemu. Jeśli więc entropia w fizyce to (cytuję za Wikipedią) : termodynamiczna funkcja stanu, określająca kierunek przebiegu procesów spontanicznych w odosobnionym układzie termodynamicznym, to w naszym przypadku zdefiniowalibyśmy ją jako: funkcja stanu rynku określająca kierunek przebiegu procesów przepływu kapitału. W zamkniętym układzie entropia zawsze rośnie lub pozostaje niezmienna (a więc układy dążą do równowagi: np. energia i materia rozkładają się równo we wszechświecie zamiast koncentrować się w jednym punkcie). Niech fizycy wybacza mi jeśli robię nadmierne uproszczenia. Idąc dalej tym tropem, spełnione jest prawo mówiące, że entropia rynków finansowych zawsze rośnie, tj. w systemie nie pojawia się nagle samorzutnie kapitał gdyż oznaczałoby to odejście od stanu równowagi. W zamkniętym systemie finansowym kapitał po długim czasie rozłoży się równomiernie po wszystkich jego uczestnikach, ceny walorów ustabilizują na poziomie równowagi, a obroty spadną do zera. Wówczas tylko czynnik zewnętrzny mógłby ponownie wytrącić rynek z równowagi i zmusić do pojawienia się przepływów kapitałów. Sumaryczna wartość kapitału na rynku może jeszcze znikać w postaci prowizji biur maklerskich, ale to nadal jest zgodne z prawem termodynamiki finansowej: entropia rośnie, kapitał znika z rynku. Nie mam czasu ani ochoty udowadniać tego prawa, ale nie widzę żadnych powodów dla których miałoby nie działać. Tym bardziej, że jak zaraz pokażę dość proste rozumowanie pozwala nam przejść od ekonomii do fizyki. Ekonomia musi być zgodna z prawami fizyki skoro wszystko inne jest.

W prawdziwym świecie żaden rynek nie jest zamknięty. Są przepływy kapitału z jednego rynku do drugiego: z rynku akcji, na rynek gotówki, z rynku gotówki na rynek surowców, z rynku surowców na rynek obligacji itp. itd. Do tego dochodzi wzrost gospodarczy. Trzeba sobie powiedzieć jasno: jest to jedyny sposób na zwiększenie się ilości dóbr dostępnych i krążących w naszej cywilizacji. Wszelkie inne ruchy kapitałów to tylko zwiększenie stanu tu i zmniejszenie tam. Względnie istnieje jeszcze modny ostatnio wzrost gospodarczy na kredyt (kryzys finansowy w USA się kłania), ale to nic innego jak odcinanie kuponów od potencjalnego wzrostu gospodarczego przyszłych pokoleń (inaczej mówiąc życie na ich koszt).

Skąd się bierze wzrost gospodarczy, czy łamie on prawo entropii finansowej? Nie. Nasza cywilizacja rozwija się dzięki energii naszej pracy (umysłowej i fizycznej) oraz wykorzystaniu rozlicznych źródeł energii. Nasza praca również bierze się z energii (w postaci tego co jemy i pijemy). I tak przechodzimy pomału od ekonomii do fizyki. Jeśli wykorzystamy wszystkie paliwa kopalne, to będziemy mogli czerpać energię już tylko z innych źródeł: z energii jądra Ziemi, energii ruchu obrotowego naszej planety, energii paliw kopalnych z innych planet, a na końcu energii Słońca. Gdy Słońce kiedyś wypali się i zgaśnie, będziemy musieli poszukać sobie innego systemu planetarnego i tak dalej i tak dalej, aż cały świat zginie w ogniu lub lodzie jak pisał poeta...

Osobiście nie spodziewam się dożyć wypalenia się Słońca, aczkolwiek koniec eksploatacji paliw kopalnych (tj. węgla, ropy naftowej i gazu ziemnego, bo uranu jest jednak dość na naszej planecie) to już perespektywa o której mogę myśleć. Ostatecznie sprowadza się to jednak do przestawienia na inne źródła energii; tylko tyle i aż tyle. Nie chodzi mi o straszenie kogokolwiek, lecz o chwilę refleksji: skąd bierze się kapitał, który mogę zarobić. To ważne, aby mieć szersze spojrzenie na te tematy.

Wnioków z tych rozważań można wysnuć wiele i każdy ma prawo do własnych, np.:
  • Należy szanować energię i kapitał, bo te nie gromadzą się samorzutnie i mogą być co najwyżej przeniesione do nas z innego miejsca. Poza tym wiele energii ginie bezpowrotnie, więc wyłącz tą nadmiarową żarówkę, która niepotrzebnie świeci w jasny, letni dzień.
  • Na rynkach finansowych niemożliwe jest, aby większość miała rację przez dłuższy czas, bo gdyby tak było, to większość zarabiałaby, co w dłuższym terminie jest niemożliwe.
  • Jeśli stan posiadania racji przez większość utrzymuje się przez dłuższy czas, to albo ktoś wkrótce za to drogo zapłaci albo żyjemy właśnie na kredyt kolejnych pokoleń (wtedy to one za to zapłacą).
  • Wzrost kapitału jako całości bierze się tylko z wykorzystania (coraz lepszego) źródeł energii dostępnych dla naszej cywilizacji. Więc odkrycia nowych źródeł energii to szansa na duży rozwój, utrata (vide peak oil) to ryzyko trwałego i ciężkiego kryzysu.

29 lip 2008

Punkt widzenia

Ostatnio w jednym z komentarzy analityków przeczytałem "Po kilku kiepskich miesiącach w końcu poprawa na rynku nieruchomości. Średnia cena kupna mieszkania w mieście X wzrosła o Y%". Pomijam to, czy aby analityk pisze prawdę (analitycy i pisane przez nich głupoty to temat na osobny wpis). Moją uwagę zwróciło głównie to jak odruchowo niektórzy oceniają pewne zmiany na rynkach i pytanie co jest poprawą a co pogorszeniem? Analityk odruchowo przyjął, że wzrost cen to "poprawa". Nie interesuję się rynkiem nieruchomości aż tak bardzo i nie mam zamiaru w najbliższym czasie na nim inwestować (do czasu, do czasu!), ale takie założenie wzbudziło u mnie spore podejrzenia. Jak mówi bowiem stare porzekadło "punkt widzenia zależy od punku siedzenia". A więc jeśli:
  • Kupiłeś nieruchomość w celach spekulacyjnych i chcesz sprzedać.
  • Kupiłeś nieruchomość dawno temu, lub odziedziczyłeś nagle spadek i chcesz z różnych przyczyn wkrótce sprzedać.
  • Kupiłeś nieruchomość na kredyt i przez najbliższe 20 lat będziesz drżeć na myśl, że mogłaby stracić na wartości i nagle twoje zabezpieczenie kredytu będzie mniej warte.
  • Wynajmujesz komuś mieszkanie i boisz się, że po spadku cen mieszkań, spadną też ceny wynajmu.
  • Pracujesz w firmie budowlanej lub w banku (który udziela kredytów hipotecznych).
  • Zajmujesz długą pozycję w akcjach firmy budowlanej lub banku. (W zasadzie długa pozycja w innych akcjach też wchodzi w ramy tego punktu)
No to na pewno interesują cię tylko i wyłącznie wzrosty cen nieruchomości. Ale jesli:
  • Chcesz w najbliższym czasie kupić nieruchomość lub wybudować dom.
  • Wynajmujesz mieszkanie i boisz się, że wraz z cenami kupna w górę pójdą ceny wynajmu.
  • Zajmujesz krótką pozycję w akcjach.
  • Pracujesz w firmie windykacyjnej.
Wtedy kryzysem dla ciebie będą wzrosty cen, a poprawą spadku. Szczególnie pierwszy z wymienionych punktów jest istotny, bo dość sporo osób może znajdować się w tej sytuacji. Jest też wiele sytuacji, w których twój stosunek będzie neutralny wobec zmian cen, tak jak obecnie jest w moim przypadku.

W przypadku nieruchomości częściowym usprawiedliwieniem dla analityków może być fakt, że nagłe i duże spadki cen nieruchomości mogą wywołać kryzys w innych branżach gospodarki (hmm przynajmniej z punktu widzenia większości). Wtedy analityk pochyla się po prostu nad wolą większości. Powinien jednak według mnie co najmniej zachować umiar i nie używać zbyt silnych, emocjonalnych słów. Nieruchomości, nieruchomościami, ale co powiecie o rynku pracy? Tutaj jak mało gdzie widać wyraźnie, że są dwie strony. Dla pracodawców dobre jest wysokie bezrobocie, bo mogą przebierać w pracownikach i obniżać im pensje. Dla pracowników oczywiście dobre jest niskie bezrobocie. A więc co ma na myśli dziennikarz pisząc "poprawa na rynku pracy"? Wydawać by się mogło, że jednak pracowników, bo oni na tym rynku są większością (przynajmniej liczebnie). A jednak bywa różnie, spotkałem się już z różnymi artykułami i punktami widzenia. Trzeba się do tego po prostu przyzwyczaić, że zależy on od punktu siedzenia...

18 lip 2008

Dźwignia finansowa II - na giełdzie

We wstępie opisałem cechy dźwigni finansowej w "normalnym" biznesie. Na rynku kapitałowym dźwignia jest również popularna. Jej podstawowym celem jest zwiększenie wahań zysku/straty przy obracaniu instrumentami o małej zmienności. Na przykład kursy walut zmieniają swoje wzajemne relacje zazwyczaj o dziesiąte części procenta dziennie. Nie zapewnia to wystarczającej adrenaliny graczom, ani nie daje im nadziei na duże zarobki (i vice-versa straty). Aby było ciekawiej brokerzy wymyślili więc, że inwestor może kupić/sprzedać kontrakty lub inne walory o wartości znacznie większej niż stan jego rachunku. Zyski i straty są na bieżąco doliczane do jego rachunku i jeśli straty zaczną niebezpiecznie rosnąć, to broker może wezwać inwestora do dopłaty (tzw. margin call) lub nawet automatycznie zamknąć jego pozycje. Wiadomo, firmy brokerskie nie chcą na tym nic stracić, całe ryzyko ponosi klient. Z powyższych rozważań wynika jednoznacznie, że używając lewara KONIECZNIE trzeba używać sensownych stop lossów. Chyba, że godzimy się na to, że takim stop lossem ma się stać margin call i automatyczne zamknięcie pozycji. Wtedy jednak zazwyczaj tracimy prawie całość zainwestowanych środków.
Dźwignia finansowa na rynku kontraktów terminowych, czy walut ma kilka cech, których na pozór nie widać, albo przeciętny gracz nie myśli o nich:
  • Dźwignia lewaruje prowizje, a więc zysk brokera. Nie lewaruje strat, więc broker jest zainteresowany jak największym lewarem i dlatego niektórzy dają 1:100 i więcej. Jak to działa ? To proste. Prowizja na rynku Forex to tzw. spread, czyli różnica pomiędzy ceną rynkową, a tą za jaką broker kupi lub sprzeda ci kontrakt. Na rynku kontraktów terminowych jest podobnie, broker pobiera stałą opłatę. Ta opłata to pewna liczba punktów, przy czym każdy punkt to x zł. I uwaga, teraz najlepsze: opłata jest nominalnie stała niezależnie od wysokości dźwignie, lecz procentowo tym większa, im większa jest dźwignia. Dla przykładu: grasz kontraktem o wartości 10000zł, a prowizja to zawsze 20zł. Jeśli masz kapitał (w postaci depozytu zabezpieczającego) o wysokości 5000zł (dźwignia 1:2), to prowizja zje 0.4% twojego kapitału. Jeśli użyjesz większej dźwigni grający wspomnianym kontraktem przy 1000zł depozytu (lewar 1:10) to 20 zł stanowi już 2% twojego kapitału i broker zainkasuje prowizję o jakiej przy klasycznym zakupie akcji mógłby tylko pomarzyć. Niby tobie wydaje się to wszystko jedno: 20zł to 20zł. Jednak w tym drugim przypadku mógłbyś mając 10000zł kupić 5 kontraktów i zapłacić 100zł. Na to liczy broker i zwiększa lewar do granic przyzwoitości.
  • To, że dźwignia lewaruje nie tylko zysk ale i stratę jest oczywiste. Wielu wzruszy przy tym ramionami twierdząc, że stratę ograniczy im stop loss. Jednak problem leży w tym, że przy dużych potencjalnych stratach trzeba stop lossa ustawiać bardzo ciasno. Przy dźwigni 1:100 np. na Forexie już kilka pipsów (tysięcznych części punkta) powoduje zauważalne straty. Rozsądny gracz, który nie chce sobie pozwolić na szybką utratę kapitału ustawia więc zazwyczaj SL na poziomie kilkunastu punktów. ...I po kilkunastu transakcjach zauważa, że i tak traci kapitał. Ciasny SL co chwilę wyrzuca go z rynku ze stratą. Owszem zdarzają się ruchy po kilkadziesiąt pipsów, czasem nawet ponad 100, ale są bardzo, bardzo rzadko i tak naprawdę nie oddają tego co traci cała seria wyjść na SL. Ciasny SL powoduje w pierwszej kolejności, że gracz musi grać w bardzo krótkim interwale czasowym. Gra na danych dziennych, czy nawet godzinowych odpada, bo nawet przy silnym trendzie zawsze i co chwilę występują drobne korekty zamykające mu pozycję. To m.in. dlatego gracze Forex tak nieustannie i maniakalnie śledzą notowania... Przy silnym trendzie czasem uda się większy ruch, jednak gdy popatrzymy na wykresy w skali mikro w jakiej musi patrzeć gracz używający dźwigni 1:100, to widać, że większość ruchów to trendy w trendach w trendach albo korekty w korektach w korektach. Wykresy stają się tak skomplikowane i tak rozedrgane, że praktycznie losowe. Analiza techniczna i fundamentalna przestają mieć jakiekolwiek znaczenie, a gra zmienia się hazard: liczenie na to, że przypadkowo wstrzelone większe ruchy bez jakiejkolwiek korekty oddadzą to, co zabrały serie wyjść na SL. Oczywiście przy inwestowaniu bez dźwigni lub z niewielką także możemy doznać sporych strat przy serii SL lub zmienić naszą grę w loterię, jednak istnieją metody AT i AF pozwalające zwiększyć statystycznie nasze szanse, a przynajmniej oszacować współczynnik zysk/ryzko.
  • Brokerzy nie zwiększają dźwigni w nieskończoność po pierwsze po to, aby gracze nie zauważali poprzedniego punktu, a po drugie ponieważ zasady z tego punktu powodują, że przy dużej dźwigni mogłaby pojawić się spora liczba bankrutów od których nie zawsze firma borkerska skutecznie odzyskałaby dług. Dźwignia to w istocie gra za pożyczone pieniądze. Pożyczając pieniądze na grę na giełdzie zamiast samemu grać, broker ma stały, nieobjęty ryzykiem dochód. Ryzyko jest przerzucone na klienta i to jest fajne. A im większa dźwignia, tym większe odsetki od kredytu i wtedy jest naprawdę fajnie. Aż do poziomu przy którym większość kur znoszących te złote jaja mogłaby powyzdychać. I to jest ta granica, której nie przekraczają (zazwyczaj) firmy żyjące z kredytów, a jak się okazuje należą do nich także firmy brokerskie i domy maklerskie. Wiedząc o tym powinniśmy starać się nie zbliżać do granicy maksymalnej dopuszczalnej dźwigni.
Jak zmniejszyć dźwignię jeśli nie chcemy maksymalnej? Bardzo prosto: wystarczy trzymać w depozycie większą kwotę niż niezbędne minimum. Na przykład: gramy kontraktem na indeks o wartości 26000zł. Przyjmijmy, że minimalny depozyt to 2600zł co daje nam dźwignię 1:10. My jednak jesteśmy uparci i nie korzystamy z dobrodziejstwa biura maklerskiego i trzymamy w depozycie 5200zł. I nie ruszamy tej kwoty przez cały czas gdy mamy otwartą pozycję! Nasz faktyczny lewar to tylko 1:5 (5200/26000).

To, jaki poziom dźwigni jest optymalny zależy od wielu czynników. Od zmienności instrumentu bazowego, od skłonności inwestora do ryzyka, od wielkości jego całkowitego kapitału itp. Nie ma na to złotej rady. Każdy powinien sobie obliczyć następujące rzeczy: wielkość SL jaki jest dla niego akceptowalny, wielkość straty przy SL i porównać swój SL z typową zmiennością instrumentu bazowego. Jeśli SL to 10 punktów, a typowa zmienność dzienna to 100 punktów, to jasny znak, że dźwignia jest za duża i trzeba ją zmniejszyć. Jeśli natomiast SL to 10 punktów, a typowa zmiana dzienna to 0.01 punkta, to warto pomyśleć o zwiększeniu dźwigni. Ja osobiście polecam dla kontraktów futures GPW (np. na WIG20) dźwignię 1:3 lub 1:4 a dla rynku Forex 2,3 razy większą. Z tym, że nie gram aktywnie na Forexie, więc nie będę się wypowiadać w tym temacie.

10 lip 2008

Opcje

Opcje całkiem niezasłużenie uznawane są za bardzo ryzykowny instrument. Owszem, zmiany wartości notowań pojedynczej opcji w ciągu jednej sesji są nieraz dość znaczne. Jednak sposób kontrukcji tego waloru umożliwia stworzenie wielu ciekawych strategii, które nie tylko znacząco zmniejszają ryzyko, ale są nie do powtórzenia na żadnym innym instrumencie. Osobiście uważam, że inteligentnie używane opcje są bezpiecznym narzędziem, które może dawać spore zyski. Dużo bardziej ryzykowną i niebezpieczną jest dla mnie gra na jakimkolwiek lewarowanym instrumencie, np. na kontraktach na indeks lub walutę (będzie o tym wkrótce wpis).

Początkujący powinni poczytać nieco o opcjach, np. tutaj: http://bossa.pl/edukacja/opcje/wprowadzenie/ Warto poświęcić chwilę czasu i zapoznać się z tym jak skonstruowany jest ten instrument, jak tworzone są oznaczenia kodowe (aby móc łatwo rozpoznawać odpowiednie opcje w tabeli notowań) i jakie są najpopularniejsze strategie (np. stelaż czy motyl). Wydaje mi się jednak, że już wchodzenie w tzw. opcyjną grekę jest przesadą. Nadmiar informacji więcej zaciemnia niż objaśnia. Dla mnie, i jak sądzę dla większości początkujących i średniozaawansowanych osób, najważniejsze będą takie cechy opcji:
  • Wartość opcji zależy od (kolejno coraz słabsze zależności): wartości instrumentu bazowego, czas do wygaśnięcia i zmienność instrumentu bazowego. Przy czym zmienność może być ważniejsza od czasu, w zależności od rodzaju opcji. Biorąc te trzy elementy razem można wyliczyć teoretyczną wartość opcji używając jednego z wielu modeli wyceny. Najpopularniejszym z nich jest model Blacka-Scholesa. Wyceny wykonane za jego pomocą widnieją w wielu serwisach notowań jako wartości odniesienia dla opcji. Dodatkowym czynnikiem wpływającym na wartość opcji jest czynnik psychologiczny oraz ocena rozwoju wypadków przez inwestorów. Jeśli inwestorzy oczekują spadków, to opcje call wycenią niżej niż opcję put o podobnej wartości teoretycznej. Warto pamiętać o tym, że ta subiektywna ocena opcji może czasem mieć większy wpływ na jej wartość niż wszystkie pozostałe. Zazwyczaj tym większy im bliżej do terminu wygaśnięcia opcji.
  • Opcja może mieć tzw. wartość wewnętrzną. Jeśli wartość indeksu WIG20 wynosi 2500 to opcja call 2600 będzie miała wewnętrzną wartość 100 punktów. Oznacza to, że jeśli opcja wygasałby właśnie w tej chwili jej posiadacz otzymałby 1000zł (100 punktów * 10).
  • Potencjalna największa strata dla transakcji zakupu/sprzedaży opcji (w odróżnieniu od wystawienia opcji, czego tutaj nie rozważam) wynosi 100% wartości zakupu opcji. Potencjalny zysk jest nieograniczony. Jest to lepsza sytuacja niż w przypadku lewarowanego handlu kontraktami. Warto dodać, że wbrew pozorom sytuacja przy zakupie akcji jest podobna: możesz stracić całą sumę (w przypadku bankructwa spółki) lub większość (w przypadku długich i ciężkich spadków). Większe bezpieczeństwo po zakupie akcji to tylko złudzenie, o czym doskonale mogli przekonać się w ostatnich miesiącach właściciele akcji tzw. MISiów. W przypadku opcji główną różnicą jest to, że znaczenie ma czas. Gdy opcja wygaśnie, to wygaśnie i nie będziesz mógł, jak w przypadku akcji, zostać tzw. "inwestorem długoterminowym" (popularna wymówka osób, które nie zdążyły sprzedać akcji na czas). Tylko używanie stop lossów może uchronić cię od dużych strat. Opcje są nieco trudniejsze do ujarzmienia przy pomocy stop lossów ze względu na spore codzienne wahania. Trzeba wziąć na to poprawkę używając odpowiednio małej części kapitału do gry (patrz Zarządzanie kapitałem) i użyć większego niż zwykle stop lossa (ja używam dla opcji 20%).

Mimo tego co napisałem w ostatnim punkcie przyznaję, że kupowanie pojedynczej opcji bywa mocno ryzykowne. Szczególnie gdy kupujemy opcje o dużym odchyleniu od kursu bazowego i z bliskim terminem wygaśnięcia. Duży ruch instrumentu bazowego w kierunku przeciwnym do naszych założeń może szybko zmasakrować naszą pozycję. Dlatego tylko z rzadka kupuję pojedynczą opcję, tylko za niewielką kwotę i raczej tylko jako narzędzie do zashortowania indeksu (gdy przewiduję spore spadki). Częściej stosuję swoją kombinację popularnych strategii symetrycznego zakupu opcji. Kupuję opcję call i put oddalone o tą samą odległość od wartości indeksu WIG20 (najczęściej ok 300 punktów, ze względu na to, że na spekulację opcjami przeznaczam jak na razie nie więcej niż 1500zł z czego wynika mi, że wartość obydwu pozycji nie może być większa niż 500zł aby nie przekroczyć dopuszczalnego przeze mnie ryzyka). Śledzę sumaryczną wartość obydwu opcji stosując trailing stop loss do tej właśnie wartości. Suma cen symetrycznych opcji ma tendencję do bycia w miarę stabilną i tak naprawdę zależy przede wszystkim od zmienności a nie od wartości indeksu. Inaczej mówiąc, gdy jedna z opcji tanieje, druga drożeje. Gdy zmienność znacząco spada i wchodzimy w trend boczny - obie opcje mogą w sumie być warte coraz mniej i może odezwać się mój stop loss (20%). Wtedy, trudno - zamykam pozycję. Ciekawie natomiast robi się, gdy ruch indeksu w stosunku do momentu zakupu robi się nieco większy (200 punktów i więcej). Wtedy najczęściej jedna z opcji drożeje znacznie bardziej niż druga tanieje i całkowita wartość zaczyna rosnąć. W momencie, gdy droższa z opcji jest warta więcej niż suma zakupu obydwu opcji + 20% (a więc sprzedając tylko tę opcję mam na pewno 20% zysku) ustawiam dodatkowy stop loss (dość wąski) dla tej droższej opcji. Gdy droższa się sprzeda ustawiam stop loss dla tańszej (zapewne w tym momencie niewiele wartej). Wartość tego SL określam w stosunku do ceny aktualnej (jakbym ją przed chwilą kupił) i zaczynam czekać na korektę :-) Wzrost wartości drugiej opcji to mój bonusowy zysk.

Podsumowując: opcje mogą dać wiele korzyści przy ograniczonym ryzyku jednak ich użycie wymaga zawsze chwili namysłu, wymyślenia strategii i bezwzględnego trzymania się jej. Opcje nie wybaczają błędów. Jeśli w chwili euforii kupisz za całą swoją gotówkę grupę tanich opcji, to
jest to prosta droga do bankructwa. W dalszych wpisach postaram się podać więcej ciekawych strategii opcyjnych, w tym m.in. jak przy pomocy opcji zabezpieczyć swoje pozycje w akcjach używając opcji jako swoistego stop loss.

9 lip 2008

Reaktywacja

Ze względu na natłok pracy zawodowej nie publikowałem niczego od dobrych kilku miesięcy. Teraz udało mi się wygospodarować nieco wolnego czasu codziennie i postaram się odkurzyć tego bloga i prowadzić go regularnie. Mam nadzieję, że będę mieć też więcej czasu na zajmowanie się giełdą, inwestycjami i wszystkim co jest z tym związane. Postaram się także dopracować swój system.

W samym blogu zaszły pewne zmiany organizacyjne, mam nadzieję że na lepsze. Pozostaje mi jeszcze podciągnąć się w zbieraniu kapitału. Z 10 tys. zł, które określiłem jako startowe mam już 8500zł na kontach w mBanku i Bossie. W trakcie cały czas testuję swój swój system "na żywo" przy użyciu niewielkich kwot.

14 mar 2008

Zarządzanie kapitałem

Zarządzanie kapitałem, to jeden z najważniejszych problemów inwestora. Wykształcenie dobrych nawyków i ustalenie odpowiednich zasad jest kluczem do sukcesu. To właśnie odpowiednie zarządzanie kapitałem i co się z tym pośrednio wiąże - ryzykiem, odróżnia "dawców kapitału" od rekinów biznesu latami zarabiających na giełdzie. Dlaczego to takie ważne ? Na początek proponuję proste ćwiczenie matematyczne. Ile trzeba zyskać aby odrobić straty po: 5, 10, 20, 30, 50 i 70 % obsuwie kapitału?

Strata [%]Niezbędny zysk [%]
55,26
1011,11
2025
3042,86
50100
70233,33

Jak widać po stracie 50% kapitału musielibyśmy trafić na inwestycję, która da nam 100% zwrotu tylko po to aby wyjść na zero. Wow, 100% zwrotu ! Taka wspaniała inwestycja nie zdarza się co dzień. Tym bardziej bolesne musi być to, że nawet jeśli uda się uzyskać taki zwrot, to wystarczy to zaledwie do pokrycia strat. A jeśli nie uda nam się trafić na taką żyłę złota i w dodatku nadal będziemy tracić, to szybko zostaniemy pozbawieni większości kapitału i możliwości inwestowania w ogóle.

Z powyżej tabelki wynika, że straty do ok 10% nie powodują jeszcze tak dużego obsunięcia i można je z małym bólem zaakceptować. Oczywiście długi łańcuch kolejno następujących po sobie małych strat może również skutecznie odchudzić nasz portfel. Dlatego po wystąpieniu kilku strat należałoby jeszcze raz przemyśleć swoją strategię. Czy nie walczymy z rynkiem? Czy nie popełniamy błędu ? Nie należy oczywiście zmieniać systemu TYLKO z powodu strat, bardziej chodzi mi tutaj o zrobienie sobie chwili oddechu i refleksji. Nawet najlepszy system może wygenerować długi ciąg stratnych transakcji i trzeba być na to gotowym. Wychodzenie z pozycji z małą stratą może pomóc nam zachować kapitał w trudniejszym okresie.

Jednym ze sposobów na minimalizację strat i zapewnienie swojemu kapitałowi egzystencji jest stosowanie zleceń obronnych. Używanie 3-10% stop loss to rozsądne podejście, przy czym większość ekspertów sugeruje raczej wartości bliższe 3 niż 10. O zleceniach stop loss już pisałem i na pewno wrócę do tego tematu. Jednak stop loss to nie wszystko, a używanie go nie oznacza zarządzania kapitałem. Pozostaje jeszcze kilka dodatkowych kwestii.

Rezerwa
Nie jest najlepszym pomysłem inwestowanie 100% kapitału. Pomyłka, nagłe załamanie rynku itp. mogą spowodować dużą stratę, która wykluczy nas z gry lub uczyni ją znacznie trudniejszą. Patrz tabelka powyżej. Rezerwa daje nam szansę dalszej gry na tym samym poziomie. Idealnym sposobem utworzenia rezerwy jest wykorzystanie do tego celu części wcześniejszych zysków. Gdy zysków brak - trzeba zacisnąć zęby i grać za mniej niż można. Na dłuższą metę to się po prostu opłaca. Wiele osób neguje tą zasadę twierdząc: "po co trzymać broń przy nodze, skoro można z niej strzelać". Cóż, jak zabiorą ci całą broń w czasie bessy, to zostaniesz bezbronny i niezdolny do dalszego działania. Jeśli to dla ciebie gra bez znaczenia i grasz tylko dla adrenaliny, to ok, ale jeśli naprawdę chcesz zarobić, a w szczególności jeśli chcesz zarobić na szybką i dostatnią emeryturę, to nie możesz sobie pozwolić na taką głupotę jak utrata większości kapitału z powodu kilku(-nasto, lub -dziesięcio nawet) miesięcznej bessy.

W szczególności należy utrzymywać rezerwę na rynkach lewarowanych i na rynkach opcji. Na rynku lewarowanym, np. na rynku kontraktów terminowych, czy na rynku forex utrzymywanie rezerwy zmniejsza realną dźwignię finansową. Zbyt wysoka dźwignia finansowa nie tylko zwiększa ryzyko i zmienność naszych wyników, ale w praktyce sama jest przyczyną powstawania strat o czym naganiacze i brokerzy najczęściej nie mówią. Czy naprawdę myślicie, że brokerzy rynku forex robią komuś łaskę utrzymując dźwignię rzędu 1:100 i czasem nawet większą ? Nie, oni na tym właśnie zarabiają! Zmienność kursów walut jest mniejsza niż np. akcji i po to właśnie wprowadzono dźwignię, aby ją zwiększyć. Jednak wystarczyłoby 1:4, no powiedzmy maks. 1:10! Większe lewarowanie powoduje, że przy niewielkim, chaotycznym w mikroskali, ruchu cen jesteśmy zmuszani do zamykania naszej pozycji na SL. Czasem trafi się duży zysk, generalnie jednak handel szybko staje się chaosem i przypadkiem, liczba transakcji staje się gigantyczna (o to chodzi brokerowi, który zarabia na prowizjach) a podążanie za trendem, czy sensowna analiza techniczna lub fundamentalna stają się niemożliwe. Prowizje brokera są z kolei tym większe (procentowo) im większy lewar. To szerszy temat i na pewno poruszę go w osobnym artykule.

Na rynku opcji na pierwszy rzut oka ryzykujemy zawsze 100% zainwestowanej kwoty (opcja może stać się bezwartościowa). W praktyce jesteśmy w stanie skonstruować taką strategię, która daje nam bardzo dużą pewność, że w najgorszym przypadku otrzymamy zwrot sporej części inwestycji. Pomaga nam w tym zaawansowana matematyka finansowa. Duża pewność nie oznacza jednak na pewno i dlatego właśnie należy utrzymywać tutaj sporą rezerwę, która zwiększy przewidywalność naszych inwestycji.

Powstrzymanie się od inwestowania
Gdy już wciągniemy się na dobre w giełdę coraz trudniej będzie nam się od niej oderwać. Grozi nam przesadzenie polegające na ciągłym śledzeniu mało istotnych newsów, wykonywaniu przesadnej ilości ruchów w celu wygenerowania większego (szybszego) zysku i ciągłe zmienianie założeń systemu w celu znalezienie tego idealnego (św. Graala giełdy). To powoduje powstawanie zmęczenia psychicznego grożącego wypaleniem oraz straty na prowizjach. Taki klient to idealny klient dla domów maklerskich, doradców inwestycyjnych, sprzedawców udziałów TFI i innego szemranego towarzystwa żerującego na naiwnych. Najlepsza rada jakiej mogę w tej kwestii udzielić to: daj popracować swojemu systemowi a resztę zignoruj.

Powstrzymanie się od inwestowania ważne jest po serii strat. Należy wówczas odetchnąć głęboko i zrobić sobie przerwę - miesiąc może kilka. Może graliśmy wbrew rynkowi - niech obecny trend zdąży się odwrócić. Może straciliśmy właściwą perespektywę - po paru długich spacerach poprawi nam się. Nie należy przejmować się, że uciekają nam potencjalne szanse. Będą kolejne! Rynek zawsze daje szanse, ważniejsze jest natomiast zdrowe podejście do inwestowania. Jeśli to ma być nasze zajęcie przez wiele lat, to od okazji chwili ważniejsze jest nasze podejście.

Wielkość pozycji
Nie jest sztuką kupić akcje jednej spółki za całą sumę i ustawić 5% stop loss. A co jeżeli nastąpi gwałtowne załamanie kursu (np. po informacji o potencjalnym bankructwie spółki) i nie znajdzie się nikt kto by kupił od nas akcje drożej niż z 50% dyskontem ? Cóż, pech - nie da się przewidzieć takich rzeczy (chyba że jesteśmy w zarządzie bankrutującej spółki, wtedy szybciutko sprzedajemy jej akcje, jeszcze przed info hehe). Jeśli podzielimy nasz kapitał na więcej części to nasz zwrot znacznie bardziej zależy od naszych umiejętności niż od szczęścia. To dlatego, że nasz wynik zależy nie tylko od wartości oczekiwanej zwrotu z transakcji, ale także od odchylenia standardowego. Jeśli średnio uzyskujemy 10%, ale inwestujemy na zmiennym rynku, a odchylenie standardowe jest spore, to nie powinna nas zdziwić np. seria wyników: -30%, +40%, -20%, + 5%, -10%, +50%, -25%, +10%, + 0%, +80%. Średnio daje to +10%, ale maksymalne obsunięcie kapitału w pewnym momencie jest dość duże. W dodatku pierwsza strata niekorzystnie wpływa na dalsze wyniki i zaniża je(patrz tabelka na początku posta i jej interpretacja). Gdyby jednak podzielić kapitał na 10 części, to powyższa seria mogłaby zdarzyć się w okresie równoważnym jednej wcześniejszej transakcji, a dla całego kapitału oznaczałoby to zwrot dokładnie +10%. W kolejnych transakcjach istniałaby spora szansa, że zwrot byłby podobny. Nie chcę czytelników zanudzać wzorami, ale po podzieleniu kapitału na 10 części odchylenie standardowe znacząco spada. Nasza wartość oczekiwana nie spada za to poniżej granicznej wartości +10%.

Gdy dysponujemy ograniczonym kapitałem trudno jest podzielić kapitał na wiele części. Dochodzimy bowiem dość szybko do granicy, w której prowizja maklerska staje się stała (obecnie najczęściej jest to 10zł i 0.89% za kupno + sprzedaż tak więc granicą opłacalności jest 1123zł). Nieznaczne przekroczenie tej granicy w dół ma sens, jednak zbyt duże spowoduje, że prowizja stanie się wysoka (procentowo) w stosunku do inwestycji i zje nam większość zysków.

Dywersyfikacja
"Nie wkładaj wszystkich jaj do jednego koszyka" mawiała babcia. To powiedzenie jak ulał pasuje do wszelkich inwestycji. Nie należy inwestować całego kapitału na jednym rynku, bo ewentualna bessa na tym rynku pogrąży nasze z trudem zdobyte oszczędności. Tematem tego bloga jest inwestowanie na giełdzie, jednak należy pamiętać, że nie powinno się na niej inwestować więcej niż 20-40% swojego kapitału. Resztę dobrze jest ulokować w nieruchomościach, walutach, złocie i innych metalach szlachetnych, towarach itp. My przyjmujemy, że wyjściowa kwota tego bloga (10 tys. zł.) to jest już owe 20-40% całego kapitału. Dlatego w dalszej części bloga nie będziemy zajmować się już dywersyfikacją kapitału na różne rodzaje rynków. Jednak ta "zgrubna" dywersyfikacja to nie wszystko. Wewnątrz naszego kapitału przeznaczonego na grę giełdową także należy dokonać podziałów. Takich podziałów możemy dokonać pod różnym względem:
  • wielkość spółki - możemy rozróżnić segmenty dużych spółek, średnich, małych i mikro.
  • cechy spółki - można podzielić spółki na stabilne, spekulacyjne, niedowartościowane itp.
  • branża spółki - można dzielić spółki według branż w których działają.
  • rodzaj rynku spółki - można oddzielić spółki z rynku podstawowego, new connect czy rynku równoległego, osobną kategorią mogą być spółki debiutujące na rynku.
  • rodzaj instrumentu - można inwestowanie podzielić na: zakup akcji, spekulację kontraktem na indeks, spekulację na rynku opcji itp.
  • sposób doboru spółki - można wydzielić część kapitału na grę przy użyciu specyficznych zasad, np. tylko przy pomocy analizy technicznej, albo tylko przy pomocy analizy fundamentalnej
  • zakres czasowy inwestycji - można podzielić kapitał na część przeznaczoną na inwestycje długoterminowe i część przeznaczoną na spekulację
Jak widać możliwości jest wiele, a głównym celem jest zabezpieczenie się przed popełnionym błędem. Na przykład błędnie dobrana strategia inwestowania na rynku New Connect może przynieść spore straty, lecz jeśli użyliśmy do tego tylko niewielkiej części kapitału, to inne segmenty pozwolą nam mimo wszystko zarobić. Mądry inwestor to nie ten, który nie popełnia błędów, lecz ten który zarabia mimo ich popełniania!

Przy takiej dywersyfikacji warto pamiętać, że segmenty rynku najczęściej skorelowane są dodatnio i w mniejszym lub większym stopniu podążają w tym samym kierunku. Dywersyfikacja nie jest więc lekiem na bessę lecz narzędziem podobnym do opisanego w punkcie "Wielkość pozycji" - ma nas zabezpieczyć przed postawieniem wszystkiego na złego konia. Pewnym wyjątkiem jest gra na spadki - wejście w krótkie pozycje na kontraktach na indeks lub kupno opcji typu put to transakcje ujemnie skorelowane np. do kupna akcji. Warto mieć w zanadrzu interesującą taktykę ubezpieczającą - kupujemy akcje i odpowiednią opcję put. Dobrze dobrana taktyka opcyjna umożliwi nam ograniczenie potencjalnych strat do stałej wartości nawet bez stosowania SL. Na pewno wrócę jeszcze do tego ciekawego tematu w przyszłości.

Zysk/ryzyko
Wprawdzie zgadzam się z regułą "ucinaj straty i pozwól zyskom rosnąć", jednak dopuszczam istnienie pewnego zakresu zysków, który powinien spowodować zwiększenie czujności inwestora albo nawet sprzedanie części walorów. Co prawda trendy bywają często naprawdę długie, mocne i osiągają trudne do wcześniejszego wyobrażenia poziomy (albo to tylko spekulanci wytrwale "pompują balony"), ale na dłuższą metę prawa statystyki są nieubłagane. Im dłuższa hossa, tym bardziej prawdopodobna jest zmiana trendu. Co gorsza po długich wzrostach, spadki też raczej będą długie i bolesne...

Po osiągnięciu pewnego (z góry zakładanego) poziomu można sprzedać np. taką liczbę akcji aby zwróciła ona koszt zakupu podczas gdy reszta akcji swoją wartością złoży się na zysk. Inną strategią jest znaczne (np. o połowę) zmniejszenie oddalenia zleceń SL od aktualnego kursu. Dzięki temu nadal pozwalamy zyskom rosnąć, ale niewielkie spadki od razu traktujemy jako sygnał alarmowy uciekając z naszymi zyskami.

Poziom potencjalnej realizacji zysków dobrze jest określić w stosunku do ryzyka jakie na siebie nakładamy. Dobrze jest jeśli Zysk/Ryzyko jest większe od 3 a najlepiej jeśli przekracza 5. Na przykład jeśli używamy SL = 5%, to zysk 30% oznacza współczynnik Zysk/Ryzyko = 6. Osobiście staram się nie otwierać pozycji jeśli widzę, że szacowany realistycznie Zysk/Ryzyko będzie mniejsze niż 3, a gdy przekroczy 5 - zmniejszam SL lub całą pozycję.

Temat jest obszerny jak rzeka, ale pora już kończyć żeby post nadal był strawny do przeczytania. Wkrótce poruszone tutaj problemy postaram się przekuć na założenia prawdziwego systemu giełdowego.

12 mar 2008

Stop loss 2

Jest taki dowcip, w którym tkwi bardzo dużo prawdy: Kto to jest inwestor długoterminowy ? Jest to spekulant, który nie stosował stop loss'ów.

Choć wiele osób skrzętnie to ukrywa, jednak do zastosowania techniki kup i trzymaj i generalnie mówiąc do długiego przywiązania się z konkretnym papierem "zmusiła" ich spora strata poniesiona na samym początku. Jeśli straty nie ucięło się przy 5-10% i pozwoliło się jej przekroczyć poziom 30% pozostaje już tylko robić dobrą minę do złej gry i naganiać na zakup na forum Parkietu ha ha.

Mnie osobiście o potrzebie stosowania SL przekonała ostatecznie nauczka, którą otrzymałem. W zeszłym roku, gdy startował rynek NewConnect, poniesiony owczym pędem oraz zindoktrynowany propagandą sukcesu sterników GPW, postanowiłem pospekulować na akcjach NC. Z góry założyłem, że spółki na tym rynku mogą podlegać większym wahaniom, więc przyjąłem spory SL równy 10%. Pierwszego dnia kupiłem (na szczęście za niewielką sumkę) akcje Digital Avenue. Nie zwracając uwagi na to, że jest to spółka widmo o której niewiele wiadomo i że cena emisyjna jest o wiele za wysoka (w stosunku do i tak wątpliwej wartości księgowej spółki) kupiłem trochę akcji po 38zł. za sztukę. Wiele osób kupowało je wtedy w euforii płacąc nawet ponad 45zł. Niestety już pierwszego dnia notowań kurs załamał się, a obroty zaczęły słabnąć. Gdy przeciął 35zł byłem święcie przekonany, że to tylko korekta i że na pewno za chwilę tłumy rzucą się do zakupu tej świetnej, perespektywicznej spółki działającej na przyszłościowym polu nowych technologii. Tak się nie stało. Kurs nadal spadał. Gdy spadł do 30zł powinienem sprzedać realizując stratę. Nie zrobiłem tego. "Zobaczę jeszcze chwilę jak się to potoczy", "zaraz chyba odbije", "jeszcze kilku wyrzuci i już na pewno większość podaży zniknie". Kurs spadał jak zaczarowany. Strata zwiększyła się do 20%, a kolejne dni były coraz gorsze. Kurs spadł poniżej ceny emisyjnej, która wydawała mi się "barierą nie do przebicia". Potem sparaliżowała mnie niemoc. Czułem niemal fizyczną niechęć do sprzedaży ze stratą 20-30%. Tak duża strata procentowa bolała nawet jeśli kwota nie była wielka. Trzeba było bowiem przyznać się do popełnienia szergu błędów. Teraz zacząłem myśleć, że jakoś przeczekam, może tydzień, a może miesiąc - nie spieszy mi się. Niestety cena nadal spadała przebijając poziom 20zł potem 19, 18, 17. Potem odkryłem smutną prawdę, że gdy strata przekroczyła 50% - kolejne straty przestały mnie boleć. Ich rozmiar był już niewielki w porównaniu do strat początkowych. Gdy walor taniał o 6% to było to tylko 3 i mniej % mojego wyjściowego kapitału. Poniżej 17zł sprzedaż naprawdę straciła dla mnie sens. Po co wypłacać takie nędzne resztki, może lepiej przetrzymać to przez wiele miesięcy lub lat czekając aż spółka zacznie zarabiać i wróci do dawnych poziomów ? W końcu przestałem w ogóle śledzić na bieżąco notowania spółki. Tymczasem jej kurs spadał nadal! Któregoś ranka liznął poziom 10zł. I dopiero wtedy zaczął nieco zwyżkować. Wtedy przemyślałem wszystko raz jeszcze i zdałem sobie sprawę, że należy to w końcu sprzedać i uratować choćby resztkę zainwestowanego kapitału. W końcu ona może jeszcze zarabiać! Poczekałem aż wzrostowa korekta się rozwinie i sprzedałem ok 18zł. Było to o ile pamiętam w styczniu. Patrząc dziś na wykres widać, że waha się on w zakresie 13-19zł i o powrocie do 30-40 nie ma nawet mowy. Być może kiedyś wróci w te rejony, ale ja nie chcę blokować sobie kapitału.

Popatrzmy jeszcze raz na ten przykład, bo ukryta jest w nim niepozorna, ale ciekawa informacja. W trakcie gdy ja lizałem rany po gigantycznej stracie aby w końcu heroicznie wyjść ze stratą nieco ponad 50%, kurs zaliczył rajd z 10 do 18zł. Czyli wzrósł o 80%. Wow, co za zysk i w dodatku w ciągu ok 2 tygodni! Wychodzi na to, że gdybym nawet, niech będzie, sprzedał ze stratą 30% i następnie wykorzystał powiedzmy 2/3 ruchu w górę zyskując ok 50%, to byłbym do przodu o kilka procent (kto nie wierzy, że tylko kilka a nie 20 niech przeliczy na kalkulatorze, tak właśnie działa strata 30% - do odrobienia jest zysk znacznie większy). A więc nawet zła inwestycja podyktowana owczym pędem, ignorowaniem fundamentów itp. itd. mogła przerodzić się w zyskowną.

Oczywiście zdarzyło mi się i to nie raz, wielokrotne, ciągłe i uparte wypadanie z rynku na SL. Jest tak najczęściej gdy występuje trend boczny lub gdy działa się przeciwko rynkowi. Per saldo stosowanie SL i tak jest opłacalne. Chroni bowiem nasz kapitał dając nam dalej szansę na zajmowanie się giełdą inaczej niż tylko teoretycznie.

Jedynym rodzajem transakcji, na którym nie mam zamiaru stosować jawnie SL jest spekulacja na rynku opcji. Nie chodzi oczywiście o nadmierne wystawianie się na ryzyko. Specyficzne zasady, którymi rządzą się opcje skłaniają mnie do zastosowania innej strategii. Opiszę to w jednym z kolejnych postów.

W temacie SL pozostało do omówienia jeszcze kilka ciekawych kwestii, jak choćby wielkość SL. Dlatego też jeszcze wrócimy do tej tematyki. Najpierw jednak zajmę się poruszeniem sprawy zarządzania kapitałem. Trochę teoretycznych przemyśleń jest niezbędnych zanim zdefiniuję podstawowe założenia mojego systemu.

Disclaimer:
blog ten
jest blogiem hobbystyczno-edukacyjnym. Jego treść nie powinna być interpretowana jako rekomendacja jakichkolwiek decyzji inwestycyjnych. Autor nie jest zarejestrowanym doradcą finansowym w Polsce, a wszelkie decyzje inwestycyjne są wyłączną odpowiedzialnością czytelnika.