Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akcje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akcje. Pokaż wszystkie posty

20 lut 2010

Koniec korekty wzrostowej? - 20022010

W dniu w którym pisałem poprzedniego posta otworzyłem pozycję S z samego rana. Ładny ruch, który potem nastąpił dał do dna 200 punktów, a samą transakcję zamknąłem stopem inkasując zysk ok 140 punktów. Później jak widać na wykresie mieliśmy do czynienia z odbiciem, które wyprzedanemu rynkowi należało się.
Sytuacja teraz jest nieco mniej jednoznaczna niż poprzednio, mimo to sądzę, że czeka nas kolejny ruch w dół i w piątek pod koniec sesji zająłem ponownie pozycję S. Tym razem ustawiam ciasno zlecenie stop loss na 1305 punktów. Dlaczego tak, a nie inaczej?
  • Sytuacja techniczna przemawia za tym, że trend zmienił się na dobre. Średnie są już w układzie bessy, a analiza wsparć i oporów pokazuje, że rynek domknął lukę z ostatnich spadków, odwrócił się i pokonał linię mikrotrendu wzrostowego. Oczywiście takie linie zawsze rysuje się trochę nieobiektywnie. Wiem o tym. Ale domknięcie luki i odwrót z niej, to zwykle bardzo mocno sprawdzalna przesłanka za kontynuacją trendu. Poza tym sygnałów jest kilka.
  • Amerykański FED podniósł część stóp procentowych. Niby nie ma to bezpośredniego wpływu na Polskę, ale raczej nie jest to sygnał do zakupów. W dłuższym okresie część kapitału odpłynie z giełd, a decyzja FED może oznaczać zmianę polityki tej instytucji i powró do podwyższania stóp procentowych.
  • Zwyżka odbyła się na niskich obrotach. Jedynie pojedyncza - środkowa świeca miała duże obroty. Pomimo że czerwona nie oznacza jednoznacznie złego sygnału. Taka świeca mogła być dniem kluczowego odwrotu, czyli swego rodzaju przesileniem i sygnałem, że pozycje kupujących i sprzedających spotkały się. Jednak wzrost który się potem rozpoczął był kontynuowany przy małych obrotach.
  • Jeśli trend zmienił się w obliczu średnioterminowym, to mieliśmy dwa ruchy spadkowe po których często występuje trzeci. Istnieją również teorie o lukach mówiące, że w trendzie spadkowym występują zwykle trzy. Dwie już mieliśmy.
  • Przekroczenie poziomu 2300, który jest nieco powyżej luki zanegowałoby całe to rozumowanie. Dlatego stop jest w tym miejscu i jest to miejsce w którym poważnie trzeba będzie rozważyć K jeśli do niego dotrzemy.
Jak zwykle zastrzeżenie: na giełdzie nie ma pewniaków a jedynie prawdopodobne scenariusze. Kreski można rysować sobie nieobiektywnie oraz tak samo interpretować informacje. Jednak osobiście wydaje mi się, że solidne S jest teraz najbardziej prawdopodobne. A jak to mówią w reklamie pewnej hazardowej gry "żeby wygrać, trzeba grać" (która to gra dla odmiany od giełdy jest czysto losowa i w której nie da się zwiększyć swoich szans rozsądną analizą).

2 lut 2010

Uwaga, możliwa zmiana trendu - 01022010

Pod względem technicznym WIG 20 zaczął wyglądać dość niekorzystnie. Ostatni szczyt był niewiele ponad poprzednim i został uzyskany przy nienajwyższych obrotach. Odwrót od szczytu naruszył z kolei wyraźnie półroczną linię trendu wzrostowego. W momencie gdy testował tą linię obserwowałem go uważnie czekając czy nie odbije się od niej dając sygnał do ponownej wizyty na poziomie 2500 punktów. Teraz jednak bardziej prawdopodobny scenariusz to spadki do conajmniej 2200. Uwaga - średnie jeszcze nie przecięły się więc nie można mówić o zmianie średnioterminowego trendu, dlatego nie jest to żaden jednoznaczny sygnał na S, a jedynie wskazanie aby mocniej obserwować giełdę, bo może zdarzyć się spory ruch. Moim zdaniem wszystko wskazuje na to, że zbliżają się ku końcowi trwające już rok wzrosty i nadchodzi spora korekta a może kto wie - nawet kontynuacja spadków. Jak głęboko mogłaby spaść giełda gdyby ten scenariusz się sprawdził? Sądzę że co najmniej do poziomu 1800, gdzie leży dno z lipca 2009. Ale na giełdzie jak to na giełdzie - możliwe jest wszystko, a to co piszę to co najwyżej najbardziej prawdopodobna z opcji, tak więc zalecam rozwagę.

15 sty 2010

Nuda - 15012010

Od dwóch tygodni giełda porusza się w kanale o niewielkiej średnicy. Wahania są minimalne. Wygląda to tak jakby dokańczała właśnie ruch w górę robiąc leniwe "szczytowanie". Po takich długich i płaskich okresach często następują gwałtowne i mocne ruchy. Obecnie nie ma jednak pewności w którą stronę, bo może się okazać, że nastąpi wybicie w górę i będzie wtedy mocne.
Ze względu na nieznany kierunek pozostaję na razie poza rynkiem czekając na wyraźny sygnał. Niektórzy w takich sytuacjach przyjmują taką strategię, że zakładają jakiś kierunek (na podstawie jakichś poszlak) i zajmują odpowiednią pozycję. Jeśli nastąpi wybicie w przeciwnym kierunku błyskawicznie odwracają pozycję. Taka strategia niesie ze sobą pewne ryzyko i na razie nie zdecydowałem się na nią chociaż pomyślałem o niej. Ruch jaki nastąpi po wybiciu będzie jak sądzę na tyle długi, że wejście w rynek już po pierwszym sygnale będzie oznaczać utratę tylko niewielkiej jego części. A na giełdzie zawsze lepiej stracić część zysku niż doznać straty, choćby niewielkiej.

5 sty 2010

Start - 05012010


Tak jak pisałem zamierzam teraz używać prostego systemu - przecięcia się dwóch średnich oraz trailing stop loss.
W tej chwili czekam na czysty sygnał zmiany trendu - postanowiłem nie wchodzić w trakcie pomimo że trend wzrostowy trwa i wydaje się niezagrożony nie wchodzę L. Lepszym momentem na rozpoczęcie wydaje mi się zmiana sygnału. Żeby jednak blog nie pozostawał pusty to prezentuje jak to obecnie wygląda: giełda porusza się we wzrostowym kanale, a średnie pozostają w stanie L.

26 lis 2009

Niech żyje prostota

Po wypróbowaniu wielu różnych technik gry na giełdzie postanowiłem przejść do prostszych metod. Nie jakieś skomplikowane wskaźniki, nie zaawansowana analiza techniczna, która najczęściej jest życzeniowa, nie analiza fundamentalna, która często jest wątpliwa i opóźniona. Prosta i mam nadzieje skuteczna metoda: trailing stop loss + dwie średnie ruchome.

Dlaczego akruat tak? No cóż, niektórzy twierdzą, że zmiany cen na giełdzie są czysto przypadkowe. Gdyby tak byłoby to z całą stanowczością twierdzę, że nie istniałaby żadna, zupełnie żadna strategia która dawałaby nam choć cień przewagi i gra na giełdzie byłaby czystym hazardem jak ruletka. Jednak nie wierze w tzw teorię random walking. Są dwa czynniki, które wg mnie wpływają na to iż na giełdzie, uwaga: ISTNIEJĄ TRENDY. Te dwa słowa są kwintesencją tego co sądzę obecnie po kilku latach obserwacji giełdy na temat zmian cen. A czynniki, które powodują powstawanie trendów to wg mnie:
  • Cykle gospodarcze - hossy i bessy w realnej gospodarce.
  • Psychologia tłumu, która każe przeżywać ludziom irracjonalne strach i chciwość.
Istnienie trendów można z zyskiem eksploatować wyłącznie przy pomocy losowego wchodzenia na rynek z użyciem tzw. trailing stop loss (czyli zlecenia obronnego rosnącego wraz z ceną waloru) o ile wchodzi się w dwie strony: na krótko i na długo. Kiedyś, gdy będę mieć czas przedstawię na to dowód - to da udowodnić się matematycznie.
Mimo wszystko taka taktyka może dawać jednak długie ciągi strat i nie być na tyle zyskowną by opłacało się ją stosować, dlatego zamiast wchodzić w ciemno, warto jest IDENTYFIKOWAĆ AKTUALNY TREND. Do tego posłuży mi informacja o przecięciu się dwóch średnich ruchomych: SMA 30 i SMA 45. Jeśli ta pierwsza jest powyżej drugiej, tzn. że mamy krótkoterminowy trend wznoszący ponieważ ostatnie średnia z 30 cen waloru jest wyższa niż z 45. Jest to prosta i bezpiecnza metoda. A że czasem będzie spóźniona? Trudno, lepiej czasem stracić, ale mieć prostą, skuteczną i obiektywną metodę niż przy pomocy różnych wróżb z fusów próbować celować w górki i dołki. Z doświadczenia wiem już, że to się raczej nie udaje.

Tak więc założenia systemu, który mam zamiar wdrożyć od grudnia są następujące:
  • Gram w dół i górę przy pomocy kontraktu terminowego na WIG 20 (ważna płynność i możliwość gry w dwie strony). Ze względu na koszt jednego kontraktu ok 24000zł inwestuję kapitał ok 20000zł żeby nie lewarować.
  • Ustalam trailing stop loss na poziomie 100 punktów, co daje ok 5%.
  • Wchodzę na długo lub na krótko gdy średnie SMA 30 i SMA 45 przetną się i utrzymają po przecięciu conajmniej sesję (ponieważ czasem w trendzie bocznym średnie oscylują między sobą i traciłbym pieniądze na prowizję przy nietrafnych sygnałach)
  • Po wyjściu przez SL jeśli średnie nie zmieniają swojej wartości czekam aż kurs odwróci się i pokona mój SL o conajmniej 50 punktów. To oznacza, że jeśli przypadkiem sprzedam w korekcie to odkupię kontrakt przy ponownym odbiciu w górę. Dopóki ono nie nastąpi czekam na zmianę trendu.
Uff, system miał być prosty, a i tak wyszły z tego aż 4 punkty. Ale sądzę że jest zrozumiały i uda mi się go stosować niemal mechanicznie i z zyskiem.

1 cze 2009

Kiedy skończy się kryzys?

Wiele osób zadaje sobie postawione w tytule pytanie. Odpowiedzi padają różne. Osobiście sądzę, że nie ma jednej prawidłowej odpowiedzi ponieważ w różnych dziedzinach gospodarki może on skończyć się w innym momencie. Sama próba postawienia konkretnych dat to z resztą jest wróżenie z fusów. Czy będzie trwał kilkanaście lat jak w Japonii, czy może raczej przetoczy się jak burza przez świat i po dwóch latach odejdzie w niepamięć (w zasadzie już dobijamy do dwóch lat, jak pamiętacie w USA kryzys zaczął się w połowie 2007). Nie jestem wyrocznią, więc dokładnego terminu nie podam. Mogę jednak przyjrzeć się przesłankom.
  • Rynki papierów wartościowych. Tutaj kryzys skończy się jako pierwszy. Inwestorzy zawsze próbują z wyprzedzeniem przewidzieć rozwój gospodarki. Większość zwykle się myli, historia pokazuje jednak, że przed końcem kryzysów gospodarczych rynki dynamicznie odbijają. Efekt ten może pochodzić z różnych przyczyn: niektórzy inwestorzy mogą mieć nieopublikowane jeszcze dane z wewnątrz firm świadczące o tym, że najgorsze już minęło (tzw. insiderzy), na rynku jest coraz więcej wolnej i niecierpliwej gotówki (tak, wiem że to personifikacja, tak naprawdę to inwestorzy z gotówką są niecierpliwi), a korzystający z analizy technicznej dostają coraz więcej sygnałów. Czy odbicie z początku tego roku jest takim właśnie ruchem? Trudno powiedzieć na 100%. Może to być po prostu dynamiczna korekta dramatycznych spadków z zeszłego roku. Zobaczymy jak dalekie będą spadki po tej fali wzrostowej. A może wcale ich nie będzie tylko kursy pójdą od razu w górę?
  • Gospodarka. Sytuacja jest niepewna. Zalew wirtualnych pieniędzy jakim raczą nas banki centralne może spowodować pojawienie się inflacji. A co potem? Kolejny krach? System jest coraz bardziej rozchwiany i nie wiadomo kiedy sytuacja wróci do normy. Politycy tymczasem zamiast pozwolić rynkom na samooczyszczenie manipulują przy nich coraz bardziej. Czym to się skończy? Upaństwowieniem systemów bankowych? Zobaczymy. Obawiam się, że kryzys jeszcze potrwa na tym polu.
  • Nieruchomości. Mój poprzedni wpis na blogu dotyczył właśnie nieruchomości. Podejrzewam, że mogą jeszcze trochę potanieć, ale obawiam się że w Polsce nie będzie to już duży spadek. Na pewno znacznie zmalała ilość transakcji na tym rynku, m.in. ze względu na niechęć banków do udzielania kredytów. Kto chce kupić nieruchomość, aby w niej mieszkać nie powinien raczej zwlekać. Pozostałym osobom doradzałbym raczej poczekać.
  • Surowce, energia, ropa naftowa. Ceny spadły znacząco w ostatnim roku. Po części było to spowodowane tym, że ... wcześniej rosły. Część wzrostów spowodowana była intensywną spekulacją, a po jej ustaniu (z powodu kryzysu finansowego) cena spadła gwałtownie. Swoje robi spowolnienie gospodarcze. Nie ma jednak podstaw sądzić, że ceny mogą jeszcze dużo spadać. Świat nadal zużywa dużo ropy naftowej i węgla, a zasoby się kurczą. Cena będzie powoli rosnąć, co może być zaburzone jedynie krótkimi spekulacyjnymi fluktuacjami.
  • Złoto. Złoto zawsze było dobrą i bezpieczną przystanią. Obecnie staje się coraz popularniejsze. Patrząc jednak trzeźwo i obiektywnie na kurs złota w różnych walutach widać, że jego wzrost wartości jedynie (albo aż) odpowiada utracie wartości tychże walut. Można pokusić się więc o stwierdzenie, że złoto w systemie gospodarczym warte jest zawsze tyle samo, a jego nominalna cena uwzględnia inflację. Pozycja w złocie jest więc świetnym ubezpieczeniem antyinflacyjnym i antykryzysowym.

9 gru 2008

Moje sukcesy

W poprzednich wpisach opisałem główne wpadki. Dziś pokrótce sukcesy ostatniego półtorej roku.

1. Pobicie WIGu. Narzekałem na straty, które co prawda zaliczyłem do kosztów nauki, ale jednak są stratami. Tym niemniej straty te nie są aż tak ciężkie. Nie można co prawda obliczyć dokładnego zwrotu na kapitale za cały okres ze względu na ciągłe wpłaty. Przyjmując jednak średnią wartość portfela w trakcie tych miesięcy i całkowitą stratę mogę obliczyć, że straciłem ok 30-35% Tym czasem WIG20 w tym samym okresie stracił ponad 55%. Będąc więc w trakcie nauki pobiłem główny indeks giełdowy (i zapewne większość funduszy inwestycyjnych, ale o tym z litości już nie piszę). Pobicie indeksu wynikało głównie z pozostałych sukcesów o których piszę dalej.

2. Przemyślana strategia opcyjna. W przeciwieństwie do wielu nieudanych spekulacji, dla opcji zadziałałem w sposób logiczny i przemyślany. Najpierw wymyśliłem strategię, która według teorii powinna przynosić zyski (opiszę ją w innym wpisie), następnie przeliczyłem ją na kartce dla różnych sytuacji, optymistycznych, pesymistycznych, przeciętnych itp. W końcu zastosowałem ją w praktyce w sposób chłodny i precyzyjny. Pomogło mi tu przeświadczenie, że spekulując bez planu na rynku opcji szybko polegnę. Okazało się, że robiąc to z głową można zarobić. Pewien wpływ na zyski miał szalony październik o rzadko spotykanej zmienności na rynku, co nadało opcjom sporych wartości. Jednak nawet pomijając wpływ tego miesiąca wyszedłem na opcjach na plus. Po 7 miesiącach używania mojej strategii mam na opcjach miesięcznie średnio 10% zwrot z kapitału. Po usunięciu października wartość ta spada do ok 6% co i tak uznaję za niezły wynik.

3. Powstrzymanie się od spekulowania w niekorzystnych warunkach.
Udało mi się to dopiero po pewnym czasie więc nawet nie wiem czy na pewno mogę zaliczyć to do sukcesów. Na początku, przez pierwszych kilka miesięcy, czułem ogromną chęć do grania i ciężko było mi się powstrzymać od zakupów akcji. Ciągłe i uporczywe wchodzenie "pod prąd" wbrew trendowi przynosi spore straty nawet przy używaniu zleceń stop loss i rozsądnym zarządzaniu kapitałem. Dlatego dobrą praktyką jest zrobienie sobie przerwy po każdej nieudanej transakcji. Ostatecznie punkt ten zaliczyłem do sukcesów, bo udało mi się skutecznie wprowadzić go w życie w połowie roku, czyli przed najgorszymi spadkami we wrześniu i październiku. Natomiast jeśli ktoś nie potrafi się powstrzymać przed ciągłym graniem (mi nadal mimo wszystko idzie to ciężko), to powinien wybierać instrumenty umożliwiające grę w obydwie strony - wówczas może pozostać aktywny nawet w czasie trendu spadkowego (np. opcje, czy kontrakty terminowe). Jeśli ktoś nie lubi gry na spadki, to obecnie powinien być nieaktywny co najmniej od grudnia 2007.

4. Nauka na błędach.
Wiele z błędów popełniłem tylko raz, lub maksymalnie 2-3 razy. Starałem się zawsze cofać i analizować swoje historyczne posunięcia próbując zrozumieć co zrobiłem źle. Dzięki temu mam nadzieję, że w przyszłości osiągnę lepsze rezultaty, czego życzę także czytelnikom.

13 lis 2008

Moje błędy cz. 1

Zbliża się już chwila, gdy na moim rachunku w biurze maklerskim znajdzie się suma 10 tys. zł. Punkt ten uznaję za symboliczny moment zakończenia nauki i rozpoczęcia gry nieco bardziej poważnie. Oczywiście nie będzie to oznaczać przykładania wagi wyłącznie do stopy zwrotu - systematyczne oszczędzanie i zasilanie konta nowymi sumami nadal będzie istotną częścią budowy mojego kapitału. Chciałbym jednak na operacjach giełdowych co najmniej nie tracić, a lepiej byłoby zarabiać.

Okres nauki, to okres powolnej akumulacji kapitału i niestety strat. Ponieważ grałem zawsze za niewielką część dumy pozostającej mi do dyspozycji, to sumaryczne straty nie są dramatyczne. W trakcie tych 18 miesięcy straciłem łącznie ok 2 tys. zł. Nie boleję nad tym specjalnie - traktuję to jako koszty nauki. Trudno oczekiwać w życiu aby jakakolwiek cenna nauka była darmowa. Poza tym co prawda dokładna stopa zwrotu jest trudna do wyliczenia, bo wartość kapitału podlegała dużym zmianom ze względu na częste i nieregularne zasilenia, ale w dużym przybliżeniu wynosi strata wynosi ok 25-30%, co jest i tak niezłym wynikiem w porównaniu do np. WIG20, który od szczytu stracił ok 55-60%. Niestety wiele moich zagrań było kiepskich i trzeba nad nimi się chwilę zastanowić i wyciągnąć wnioski. Niektóre z nich spowodowane były zbyt małą wiedzą i doświadczeniem, ale wiele to problemy psychologiczne. Te ostatnie błędy trudniej jest wyrugować, ale cały czas pracuję nad sobą i staram się je eliminować.

W tym artykule przedstawię ogólnie rodzaje błędów, które popełniłem w ciągu ostatniego półtorej roku. Ich opis i wnioski jakie z nich wyciągam być może pomogą niektórym czytelnikom uniknąć powtórzenia tego samego. W kolejnym wpisie mam zamiar opowiedzieć bardziej dokładnie o kilku moich najgorszych transakcjach.

  1. Błąd długiego terminu, czyli jak krótkoterminowe spekulacje zmieniają się w długoterminowe "inwestycje". Stare powiedzenie giełdowe mówi, że "inwestor długoterminowy to po prostu taki spekulant, który nie sprzedał swoich akcji na czas". Coś w tym jest, chyba prawie każdy odczuł to kiedyś na swojej skórze. Gdy uparcie czeka się aż kurs się odwróci ("Przecież musi się odbić, bo..." - tu wstaw listę swoich argumentów) i nie dopuszcza się myśli o zrealizowaniu 5-15% straty (bo przecież szkoda pieniędzy), to często zostaje się z akcjami na długo i patrzy się na kolejne spadki aż do tego punktu w którym dalsze straty przestają przerażać i już nie zwracają na siebie uwagi. Wydaje mi się, że ten moment to strata 50% sumy zainwestowanej w dany walor. Wytłumaczę o co mi chodzi z tym, że kolejne straty już nie przerażają... Gdy straciliśmy połowę, to kolejny spadek ceny akcji o 50% oznacza dla nas już tylko 25% wejściowego kapitału. Dlatego tracimy coraz mniej. Co za różnica jednak skoro roztrwoniliśmy większość zainwestowanych pieniędzy i aby się odegrać musielibyśmy trafić na ponad 100% zysk! Straty trzeba ciąć jak najszybciej. Staram się teraz wciąż to sobie powtarzać. Nieważne, że jakaś teoria rynkowa ma mocne podstawy, jeśli zaczyna się nie sprawdzać, to nie dajemy jej już więcej szans tylko TNIEMY STRATY!. Taka z tego nauka. Na tym błędzie straciłem chyba najwięcej choć takich transakcji było tylko kilka. Dobrze też, że grałem zawsze tylko za małą część kapitału.
  2. Błąd kuchenny, czyli nie łap spadających noży. Szukanie dołków i szczytów, w których trend się odwróci jest bardzo kuszące. Jeśli się trafi w taki dołek i potem w szczyt, to może być to bardzo zyskowna transakcja. Tylko ile jest transakcji nieudanych... Przy łapaniu dołków można przeżyć tylko jeśli się tnie straty. Inaczej nasz kapitał umrze dość szybko (patrz punkt1). Jednak ciągłe i uporczywe wchodzenie "pod prąd" może skończyć się długą i bolesną serią małych strat. Małych, ale drenujących portfel. W końcu co jest bardziej prawdopodobne: zmiana trendu, czy jego kontynuacja? Zależy to oczywiście trochę od rodzaju trendu (długo- czy krótkoterminowy), ale jednak prawie zawsze kontynuacja jest bardziej prawdopodobna. Są przejściowe okresy, w których kierunek trendu jest niepewny, ale przez większość czasu trend jest jasny. Na przykład: obecny spadkowy trend mógł w sierpniu 2008 wydawać się jeszcze tylko korektą wzrostów, ale już w grudniu 2007 można było zidentyfikować go jako spadkowy. A jeśli ktoś nadal nie był pewien wtedy, to czy mógł mieć wątpliwości w sierpniu 2008? Wystarczy rzut oka żeby powiedzieć, że nie. Skąd więc zaskoczeni w październiku? Łapanie dołków to głównie problem psychologiczny. Wiąże się to też z chęcią ciągłego bycia na rynku i ciągłego zarabiania. Dlatego dobrze jest używać instrumentów pozwalających grać zarówno na wzrosty jak i na spadki. Wtedy łatwiej jest wyzwolić się z manii łapania dołków i grać z trendem. To była jedna z recept w moim przypadku. Po wielu długich seriach małych strat spowodowanych próbami łapania dołków oswoiłem się z opcjami (a obecnie oswajam się z kontraktami terminowymi), co spowodowało zmniejszenie ilości transakcji "łapiących noże". Nadal niestety łamię się czasem i wiem, że wciąż muszę nad sobą pracować.
  3. Błąd toksycznych praw poboru, czyli o tym, że trzeba wiedzieć w co się inwestuje. Inwestując w jakiś papier trzeba wiedzieć z czym wiąże się jego zakup. Dobrze znać reguły gry (chociaż większość) zanim zacznie się grać! Raz na przykład kupiłem prawa poboru (bo były za 1 grosz i myślałem że to świetna okazja) nie sprawdzając, że za 3 dni kończy się obrót nimi. Przez te 3 dni nie udało mi się już ich sprzedać i musiałem za karę kupić przypadające na nie akcje (aby nie stracić wydanych pieniędzy), choć wcale nie chciałem ich mieć. Z kolei zanim nowe akcje weszły do obrotu kurs spółki znacznie spadł i ostatecznie straciłem na tym więcej niż wartość tych praw poboru... Z innych rzeczy, które warto wiedzieć, to płynność waloru, mnożnik czy wielkość pakietu (kontrakty), termin wygasania (kontrakty, opcje), planowane splity i emisje akcji itp. Zanim wejdzie się choćby krótkoterminowo w jakieś akcje koniecznie należy sprawdzić takie informacje! Jeszcze lepiej jest wyznaczyć sobie kilka - kilkanaście walorów, śledzić je i inwestować tylko w nie. Przy okazji oszczędzimy sobie nieco szumu informacyjnego. Ta zasada jest zdrowa niezależnie od tego czy używamy AT, czy AF. Tej klasy błędów nie popełniłem wiele razy, jednak kosztowała mnie sporo. Natomiast uniknąłem tego typu problemów w inwestowaniu w fundusze inwestycyjne (po przeczytaniu regulaminów i zastanowieniu się nad ideą TFI zaraz skreśliłem je na zawsze, będzie jeszcze o tym wpis na blogu) oraz w opcje (opcje postrzegane są jako coś niezwykle skomplikowanego, toteż od razu podszedłem do nich analitycznie najpierw wymyślając kilka pasujących mi strategii i testując je, a następnie konsekwentnie używając ich - opcje w takich warunkach okazały się proste i zyskowne).
  4. Błąd stadny, czyli unikaj owczego pędu. Nigdy specjalnie nie interesowały mnie sugestie tzw. analityków czy porady "dobrze poinformowanych" na forach dyskusyjnych. Jednak jeden raz dałem się ponieść owczemu pędowi i magii nowości. Był to debiut rynku New Connect. Już pierwszego dnia rzuciłem się do kupowania akcji, aby nic mi nie umknęło (dałem się nabrać na mit odjeżdżającego pociągu). Założyłem przy tym od razu, że na tym rynku zmienność będzie zapewne duża więc nie powinienem się przejmować chwilowymi wahaniami. Zmienność była faktycznie duża, tyle że głównie w dół, a takie podejście sprowokowało błąd numer 1. Patrz też błąd numer 6 - płynność na tym rynku spadała całe tygodnie począwszy od przyzwoitej pierwszego dnia do bliskiej zeru po pewnym czasie (nie licząc spółek, które akurat debiutują). Malejące obroty udowadniają z resztą, że nie tylko mnie poniósł owczy pęd. Co do rynku NC to sprawa jest prosta: zarabiają głównie emitenci i ci co mają akcje przed debiutem. Wiele firm na tym rynku to krzaki, a w najlepszym razie są one kilku- (albo kilkunasto-) krotnie przecenione. Sens wchodzenia w ten rynek pojawi się dopiero gdy większość spółek spadnie o 95% i zacznie się ogólny trend wzrostowy na GPW.
  5. Błąd groszowy, czyli magia małych i dużych liczb. Wszyscy znamy te spółki z akcjami po kilka groszy: kupię po 3 grosze, sprzedam po 4 i mam 33% zysku... Nawet jeśli w kolejce trzeba stać 2-3 miesiące, to i tak super zysk! W praktyce nie jest to takie różowe a duża zmiana staje się mieczem obosiecznym. Równie dobrze może okazać się, że trzeba będzie sprzedać po 2 grosze. Szczególnie w okresie bessy powinno się dwa razy dobrze zastanowić zanim kliknie się przycisk "kupuj". Kupić jest łatwo, sprzedać trudniej. A kto nie wierzy, niech sprawdzi historię Mewy - dziś nie da się jej sprzedać za 1 grosz... Ogólnie mówiąc, to o ile w czasie hossy może mieć sens kupno "groszówek" za jakąś małą kwotę, o tyle w czasie bessy trzeba się trzymać od tego z daleka. Tak, czy inaczej, trzeba też mieć świadomość, że jest to w praktyce czysty hazard.
  6. Błąd pływacki, czyli płynność jest potęgą. Często jest tak, że szukając dobrej okazji przeglądamy wykresy dziesiątków spółek, aż w końcu trafiamy na jakiś obiecujący, który daje nadzieję na wzrost. Spółeczka jest mała i niewiele o niej wiemy, ale właśnie wystrzeliła 20% w górę i mamy nadzieję na kolejne powiedzmy 50%. Kupujemy, ale ostrożnie. Zakładamy, że jak spadnie o 10% to natychmiast sprzedajemy. Niestety wyskok był fałszywy, spółka spada jak kamień z powrotem do poprzedniej wartości, a my w panice próbujemy sprzedać i... okazuje się że arkusz zleceń po stronie kupna jest prawie pusty. Z przerażeniem widzimy, że próba sprzedaży PKC skończy się kolejnym wystrzałem o 20% tyle że w dół (razem daje to ok 36% straty - katastrofa!). Sfrustrowani tym faktem dajemy zlecenie sprzedaży po bieżącej cenie i... czekamy kilka miesięcy patrząc na niemal zerowy obrót i zsuwającą się systematycznie cenę. W końcu albo udaje nam się sprzedać po jakichś 25% poniżej ceny zakupu, albo wręcz wyrzucamy je rozpaczliwym PKC. Ewentualnie zakopujemy kapitał na wiele długich i ciężkich miesięcy stając się inwestorem długoterminowym (patrz błąd nr1). Mało płynne spółki to potencjalna trucizna i zbyt duży hazard. Przekonałem się doświadczalnie, że gra na takiej spółce uniemożliwia stosowanie jakiejkolwiek sensownej strategii. Nie daje nawet szansy na sensowne stosowanie zleceń obronnych. W czasie hossy na takich spółkach można próbować strzałów jak na loterii, ale w czasie bessy należy unikać ich szerokim kołem. Lepsza spółka o nieco mniejszych perespektywach wzrostu, ale taka, która umożliwia rozsądne wejście i wyjście w każdym momencie. Jeśli ruchy na spółkach z WIG20 są dla ciebie za małe, to już lepiej spróbuj grać na kontraktach. Ale uwaga! Kontrakt na akcje pewnej spółki może mieć o kilka rzędów wielkości mniejszą płynność niż jej akcje.
cdn.

3 lis 2008

Bajka o Kruku i Wólczance

We współczesnym kapitalizmie coraz więcej firm to wielkie grupy kapitałowe o rozproszonej formie własności. Akcje takich spółek posiadane są przez inne spółki, których akcje znajdują się w portfelu innych itd. Gdzieś na końcu znajduje się rzesza rozproszonych Kowalskich inwestujących poprzez fundusze emerytalne lub inwestycyjne albo w najlepszym razie grupy średnich inwestorów skupiających po kilka procent akcji. Słowem: brak jest faktycznego właściciela sprawującego władzę nad firmą. To, czy takie firmy są naprawdę wydajne i mogą dobrze pracować i czy są faktycznie solą wolnorynkowej gospodarki to temat na inny wpis. Tutaj mała historyjka...

Są jeszcze firmy rodzinne, których właścicielom zależy i z którymi są oni związani emocjonalnie. Nawet jeśli te biznesy rozrosły się do dużych przedsiębiorstw, to właściciele pamiętają zazwyczaj początki tworzone gdzieś w przysłowiowym garażu albo chociaż opowiadania dziadka, który zakładał firmę. W Polsce nie ma dziś niestety dobrego klimatu dla takich firm (patrz przypadek Kluski i Optimusa). Wiele z takich, które mogły by obecnie być dużymi firmami zostało zniszczonych przez państwo w czasach PRL. Również klasa średnia i warstwa prawdziwych i zaradnych przedsiębiorców zostały mocno przetrzebione przez socjalizm. Dziś Polska gospodarka to w sporym stopniu oddziały wielkich światowych koncernów. Czasem jednak trafia się zaangażowany przedsiębiorca o prawdziwym duchu walki, który jest w stanie pokonać stado wilków.

Firma Wojciecha Kruka W.Kruk powstała w XIX wieku. Przez wiele lat PRLu Krukowie nie mogli rozwinąć interesu jak wielu innych "prywaciarzy". Udało im się to w końcu dopiero na przełomie XX i XXI wieku. Firma rozrosła się do dużego biznesu, na który składa się m.in. spora sieć sprzedaży. Kruk zadebiutował także na giełdzie. Giełda to doskonała okazja na zarobienie na własnym interesie - można sprzedać drogo akcje lub wyemitować nowe. Tak też zrobił W. Kruk co skutkowało tym, że stracił bezwzględne panowanie nad swoją firmą mając mniej niż 50% akcji. Wkrótce zemściło się to na nim ...

Vistula po fuzji Wólczanka stała się sporym graczem na rynku eleganckich ubiorów dla mężczyzn (garnitury + koszule). Jednak ambitnemu prezesowi spółki to nie wystarczyło. R. Bauer wymyślił sobie sieć sklepów, w których nowoczesny biznesmen, czy przedstawiciel klasy średniej mógłby zarówno ubrać się jak i kupić sobie (lub partnerce) jakiś złoty drobiazg. Realizacja tej strategii wymagała jednak połknięcia jakiejś znanej marki jubilerskiej, najlepiej z dobrze rozwiniętą siecią sprzedaży. Wybór szybko padł na Kruka. Prezesowi Wólczanki sprzyjał także kryzys finansowy, który obniżył cenę wszystkich akcji na giełdzie nie wyłączając Kruka.

Wólczanka-Vistula zaproponowała W. Krukowi odkupienie akcji w swojej firmie, na co ten zareagował z ociąganiem mówiąc mniej więcej: "poczekajmy, ochłońmy, zastanówmy się, może niech z rok minie i wtedy wrócimy do rozmów". Być może właścicielowi sklepów jubilerskich chodziło o to, aby rynek wyszedł z kryzysu, by mógł dostać lepszą cenę za swoje akcje, nie można wszakże wykluczyć także, że na zwłokę wpłynęło emocjonalne związanie z rodzinną firmą. A może chciał więcej czasu na wymyślenie sposobu jak pozbyć się uciążliwego admiratora swoich akcji?

Prezes Wólczanki z charakterystycznym dla siebie zerowym wdziękiem powiedział Krukowi, że może spadać na drzewo, tj. mówiąc dokładniej: powiedział mu, że nie ma zamiaru czekać choćby dzień dłużej, a przejęcie odbędzie się tak czy inaczej, z nim czy też bez niego. Po czym ogłosił wezwanie na akcje Kruka na dość atrakcyjnych jak na ówczesną cenę rynkową warunkach. Na próżno apelował W. Kruk do akcjonariuszy o niepozbywanie się akcji, na próżno pisał o zyskach jakie przynosi firma... Fundusze inwestycyjne jak i wielu inwestorów indywidualnych zdecydowało się sprzedać swoje akcje. Prezes Kruka nie mając innego wyjścia w końcu również zdecydował się na sprzedaż. Gdyby został - prawdopodobnie jego głos i tak nie miałby znaczenia.

Do tej pory wszystko układało się jak to zwykle bywa przy wrogich przejęciach. Ale tym razem koniec miał być inny. Podczas gdy niejeden zainkasowawszy okrągłą sumę za swoje akcje udałby się na emeryturę w jakimś ciepłym kraju, to W. Kruk stwierdził, że nie jest jeszcze na to gotowy i woli walczyć o swój rodzinny biznes. Suma jaką uzyskał za sprzedaż akcji nie wystarczała do przejęcia Wólczanki (o kapitalizacji ok 3 razy większej od Kruka), ale była wystarczająca aby w okresie bessy giełdowej przejąć znaczące kilka procent. Dodatkowo W.Kruk przekonał kilku znajomych biznesmenów do podobnego kroku i razem uzbrojeni w spory pakiet i dobrą wizję rozwoju połączonych firm rozpoczęli rozmowy z funduszami inwestycyjnymi posiadającymi sporą część reszty akcji. Udało im się - fundusze zostały przekonane. Efektem było wywalenie na bruk dotychczasowego zarządu firmy i przejęcie go przez ludzi Kruka. Rodzinny biznes został odbity. Na koniec Kruk zapowiedział, że strategia wymyślona przez p. Bauera jest dobra i on ma zamiar ją kontynuować, ale nie przy użyciu takich metod.

Z powyższej historii wynika kilka wniosków:
  • W dzisiejszym kapitaliźmie dominuje niestety model rozproszonej własności. Nie wiadomo, kto tak naprawdę jest właścicielem, tj. tym panem, który odpowiada za ten kram. Powoduje to często, że kapitał firm przez spory czas może być trwoniony przez zarządy (nie zarządzające w końcu swoim kapitałem). Mogą to robić tak długo jak długo akcjonariusze się nie zdenerwują, a przy rozproszonym (i często słabo przywiązanym do firmy) akcjonariacie może to trwać długo. Takie przedsiębiorstwa zaczynają coraz bardziej przypominać socjalistyczne gospodarki, w których kapitał należy do wszystkich i do nikogo. Jak długo taki model może być efektywny?
  • Skomplikowana struktura akcjonariatu ułatwia niespodziewane zmiany na szczeblach zarządów firm jak i częste zmiany strategii. Często jest też tak, że zarząd do końca nie jest pewien swoich akcjonariuszy, tj. tego co mogą im przygotować za chwilę. Historię Kruka i Wólczanki można by opisać starym powiedzeniem: "Złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma" ;-)
  • Kruk sprzedając swoje akcje na giełdzie wiedział czym ryzykuje. Nie mógł więc podczas wrogiego przejęcia użalać się za bardzo nad sobą i uważać za ofiarę. Sprawa jest prosta: nie masz 50% + 1 akcja, to nie jesteś prawdziwym właścicielem biznesu i nie wiesz czy ktoś za chwilę nie wysadzi cię z siodła - ma do tego prawo nawet jeśli pozostaje to kontrowersyjne etycznie.
  • Mimo to duży szacunek należy się prezesowi Kruka za odwagę, wizję i przywiązanie do rodzinnego biznesu.

13 paź 2008

Spadające noże

Powiedzenie o łapaniu spadających noży staje się szczególnie aktualne gdy rośnie zmienność rynku. Tak było w piątek 10 października. Kto próbował łapać dołek po ponad 8% spadku na otwarciu mógł się srodze rozczarować gdy ten spadł w trakcie sesji do -13%. Kto z kolei w tym momencie próbowałby liczyć na dalsze spadki mógł sporo stracić, gdy kolejne kilka godzin przyniosło odbicie znów do -8%. Tylko konsekwentny stop loss może nas uratować w takie dni. A jeśli ktoś ma tyle szczęścia, że potrafi bez zleceń SL regularnie zarabiać na takim rynku, to może śmiało spróbować swoich sił w totolotku.

Skoro już zacząłem o SL... Łapanie dołków w pewnych ekstremalnych sytuacjach może mieć sens. Teraz według mnie jest taka ekstremalna sytuacja, bo po tak ciężkich spadkach odbicie o 15-20% jest mocno prawdopodobne. Prawdopodobne nie znaczy jednak pewne. Łapanie dołków ma sens tylko jeśli ustawisz zlecenie obronne, np. 5% poniżej ceny zakupu. Liczenie na 20% przy ryzyku 5%, daje dość dobry stosunek zysku do ryzyka. Gdy wszyscy panikują warto być odważnym, ale... zabezpieczyć się gdyby nie miało się racji zleceniem SL.

16 wrz 2008

Spadki jako szansa

Dziś chciałbym napisać o czymś, na co rzadko zwraca się uwagę. Hossa na giełdzie to najprostsza okazja do zarabiania, bessa też daje szansę na zarobki na krótkich pozycjach lub korektach, ale jest to trudniejsze i zazwyczaj większość graczy traci pieniądze w czasie spadków. Jednak bessa (a właściwie jej koniec) przynosi jeszcze jeden pozytyw. Jest nim zmniejszenie kosztów gry na instrumentach pochodnych takich jak np. kontrakty na akcje czy indeks. Zmniejszenie kosztów gry oznacza, że wartość pojedynczego kontraktu jaki będziemy kontrolować po zakupie jest mniejsza, co ułatwia zmniejszenie dźwigni do sensownego poziomu (dlaczego nie należy przesadzać z dźwignią można przeczytać w tym wpisie i w tym wpisie). Jak to działa:
  • WIG20 w szczytowym momencie miał wartość ok. 4000 punktów, a ponieważ kontrakt na ten indeks ma mnożnik 10 (jeden punkt to 10zł), to otwarcie jednej pozycji kontraktu oznaczało kontrolowanie 40000zł. Aby kupić jeden kontrakt według jego specyfikacji musimy mieć conajmnie 10,9% z całej sumy jako depozyt (patrz np. tutaj) czyli 4360zł. Załóżmy jednak, że nie chcemy użyć maksymalnej dostępnej nam dźwigni i na grę na kontrakcie przeznaczamy 8000zł. Nasz faktyczny lewar wynosi wówczas: 8000:40000 = 1:5. Oznacza to, że każdy ruch indeksu o 1% da nam 5% zmianę wartości naszego kapitału 8000zł.
  • Obecnie WIG20 ma wartość ok 2350 punktów i nadal spada. Dla ułatwienia obliczeń załóżmy, że spadnie jeszcze do 2000 (co wydaje się prawdopodobne). Wówczas jeden kontrakt kontroluje tylko 20000zł, więc przeznaczając 8000zł na grę uzyskujemy lewar w wysokości 8000:20000 = 1: 2.5 a więc dwa razy mniejszy niż poprzednio. Każdy ruch indeksu o 1% da nam zmianę naszego kapitału o 2.5%.
Mniejszy lewar przy założeniu takiego samego ryzyka procentowego (ryzyko oczywiście dotyczy całego naszego kapitału lub kapitału wykorzystywanego do gry, a NIE wartości kontraktu, czy wartości depozytu) oznacza szerszy stop loss co daje nam większą elastyczność gry. Zobaczmy to na liczbach w tych samych przypadkach co powyżej:
  • Załóżmy, że akceptowalne ryzyko to 5%, co równe jest 400zł (dla naszego kapitału 8000zł przeznaczonego do gry na kontrakcie W20). Oznacza to, że SL może mieć wartość do 40 punktów, czyli 1% wartości indeksu. A więc 1% ruch w złym dla nas kierunku spowoduje zamknięcie pozycji na SL.
  • Dla indeksu wartego 2000 punktów te 400zł ryzyka (czyli 5% kapitału, bo nadal jest to to samo) daje nam SL również wart 40 punktów - ta liczba się nie zmienia. Ale... jest to 2% wartości indeksu. Czyli dopiero ruch o 2% w złym kierunku realizuje zlecenie SL. Łatwo domyślić się, że będziemy rzadziej wyrzucani z rynku co da nam więcej szans na zarobienie PRZY DOKŁADNIE TAKIM SAMYM RYZYKU DLA NASZEGO KAPITAŁU!
WIG20 to nie wszystko, popatrzmy na kontrakty na akcje. Specyfikacja takich kontraktów określa, że jeden kontrakt oznacza zakup/krótką sprzedaż pakietu 100 akcji. Tak więc na przykład:
  • Rok temu jedna akcja PKN Orlen warta była ok 60zł co oznaczało 6000zł na kontrakt, obecnie jest to 30zł, czyli 3000zł na kontrakt.
  • Rok temu jedna akcja KGHM warta była ok 140zł co oznaczało 14000zł na kontrakt, obecnie jest to 60zł, czyli 6000zł na kontrakt.
Nie wszystkie akcje w ostatnich miesiącach taniały tak mocno. Dla przykładu TP SA od kilku lat waha się w zakresie 20-30zł. Ogólnie mówiąc jednak bessa obniża próg wejścia na giełdę, a w szczególności do instrumentów pochodnych. Przed wejściem w nie warto jest poczytać trochę o zasadach ich działania, wszystko sobie pokalkulować i przygotować plan. Nie należy jednak bać się ani samych instrumentów ani spadków na rynkach. Jak widać w spadkach także można znaleźć coś pozytywnego.

9 wrz 2008

Funny Fannie

W weekend amerykański sekretarz skarbu zadecydował o dofinansowaniu dwóch w praktyce uzależnionych od państwa firm działających na rynku kredytowym: Fannie Mae i Freddie Mac oraz o przejęciu bezpośredniej kontroli nad tymi firmami. W praktyce oznacza to całkowite upaństwowienie firm i przejęcie ich długów przez skarb USA. Rzecz wydaje się niesłychana w kraju szczycącym się wolną i kapitalistyczną gospodarką. Warto jednak pamiętać, że obydwie firmy były całkowicie uzależnione od państwa i gwarantowało ono, że w razie kłopotów przyjdzie im z pomocą. I obietnicę tą wypełniło. O co więc chodzi, czemu trzeba uznać ten krok za niedobry i rozpaczliwy?

Chodzi o to, że rząd amerykański nie chciał pokazać, że największe firmy kredytujące nieruchomości są bankrutami. A są, co do tego nie ma wątpliwości. W mediach nie są, bo rząd wyciągnął do nich "pomocną dłoń". Ale rynek wycenia je jako bankrutów. Popatrzmy chociażby na Fannie Mae. Rok temu kurs jej akcji wynosił ok 60 dolarów. W piątek 05 września 2008 już tylko 6, a zamknął się na 7. 90% straty w ciągu roku. No ale nic dziwnego, trwa kryzys nieruchomości a ta firma może być i jak się okazuje jest jedną z głównych ofiar. Ale to nie koniec. W poniedziałek kurs żeńskiego FM spadł do... 70 centów. Wow, 90% w ciągu jednej sesji i 99% od rocznego maksimum. Dla mnie to bankructwo. Koniec, kropka.

Czy tak dramatyczna sytuacja jak bankructwo firm skupiających większość amerykańskich kredytów nie oznacza, że kryzys powoli dobiega końca? Może tak, ale według mnie jeszcze nie. Jest to już zaawansowana postać kryzysu, ale póki nie ma zamieszek na ulicach, bankructw paru dużych banków i póki zamiecione pod budżetowy dywan śmieci nie wyszły na widok publiczny, to moim zdaniem jeszcze nie czas na zmianę trendu. Kryzys nieruchomości nie rozejdzie się tak szybko po kościach, to inny kaliber niż np. bańka internetowa, która większości ludzi (o ile nie grali na giełdzie) mogła za bardzo nie obejść. Ten kryzys dotknie większość społeczeństwa w USA i jak zaraza rozleje się ciężkim, wieloletnim kacem po świecie. Ale zmiana trendu kiedyś nadejdzie, więc trzeba być czujnym.

5 wrz 2008

Trend is your friend

Trend powinien być uznawany tak długo dopóki trwa. Trend wyznaczany powinien być przy pomocy linii trendu. Zazwyczaj uznaje się, że im więcej razy kurs odbije się od linii trendu tym trend jest silniejszy. Oczywiście kiedyś linia trendu zostanie przebita i trend się zmieni. Jednak kiedy kurs zbliża się do linii trzeba uznać, że bardziej prawdopodobne jest odbicie się od linii, a nie przebicie. Niektórzy twierdzą, że gdy trend odbił się już kilka razy od linii to prawdopodobieństwo zmiany kierunku jest większe. Dlaczego? Czy wyrzucenie 10 razy z rzędu reszki powoduje, że 11 raz szansa na reszkę jest mniejsza niż na orła? (Patrz mój poprzedni wpis Jak wyrzucić orła?) Czasem przypadkiem trafią, gdy trend jest słaby i przy trzecim czy czwartym teście linia zostanie przebita. Jednak ignorując zasadę "trend is your friend" tracą szansę na zarobki w tych długich, wyczerpujących trendach, które w praktyce są najlepszą okazją do zarobków w chaotycznym świecie giełdy. Przykład pierwszy z pod ręki. Wykres WIG20 z zamknięcia dnia wczorajszego (tj. 04.09.2008):
Trend trwa już prawie 10 miesięcy a kurs odbił się już 4 razy od linii trendu i właśnie testuje ją po raz 5. Ktoś, kto chce inwestować długoterminowo powinien otworzyć krótką pozycję w grudniu (po pierwszym odbiciu, które faktycznie uformowało linię trendu, wcześniej nie było jej co oczywiste) i nadal przy niej trwać, cieszyć się z zysków i zamknąć dopiero po skutecznym przebiciu trendu (czyli wejściu o ok 2-3% ponad linię). Kto chce grać krótkoterminowo może otwierać pozycje krótkie w okolicy linii trendu i zamykać je niżej szukając dołków. W dołkach otwierać pozycje długie i zamykać je po dojściu do linii trendu. Wystarczy, że trend zostanie zachowany w co najmniej 2 próbach i nasz zarobek będzie niemal pewny.

Kiedyś trend się skończy i podążając za nim doznamy straty, ale ucinając ją w porę nie stracimy dużo zachowując większość zysków. Po co więc ryzykować grając po prąd? Skoro kurs odbił się już 4 razy, to czemu nie miałby odbić się po raz 5. A więc czyś inwestor długoterminowy, czy spekulant pamiętaj: trend is your friend.

PS: Dziś WIG20 jest już 2.5% na minusie, więc wygląda na to, że i tym razem trend zostanie zachowany, a kolejną próbę przełamania linii trendu można uznać za nieudaną. Ciekawe jak głębokie będą spadki tym razem?

13 sie 2008

Techniczna, czy fundamentalna? Wybierz obie

Nie chcę podejmować odwiecznego sporu rozgrzewającego umysły inwestorów i spekulantów, co jest lepsze: analiza techniczna, czy fundamentalna. Jedna i druga ma swoje plusy i minusy, obydwie można stosować źle i bezmyślnie jak również uczynić źródłem dochodów. Obydwie doprowadzone do przesady mogą omamić nas nadmiarem szumu informacyjnego generowanego pod pozorem próby zapanowania nad pozornym chaosem ruchów cen na giełdzie. Zamiast jałowych sporów proponuję trzecie rozwiązanie: zostań technofundamentalistą.

Oto moja recepta na połączenie AT i AF:
  • Tworzę zestaw kilku prostych mechanicznych zasad AF, które muszą być spełnione. Biorę pod uwagę WK/akcję, Zysk/akcję i wielkość dywidendy/akcję.
  • Biorąc powyższe pod uwagę wyznaczam (a raczej robi to za mnie programik, który napisałem) wartość bazową każdej spółki.
  • Wybieram ok 20 najbardziej obiecujących. Dla nich rozpoznanie przeprowadzam osobiście. Interesuję się ich działalnością, przeglądam raporty, analizuję, zastanawiam się czy produkty/usługi tych firm mają przyszłość i czy sam bym z nich skorzystał. Badam opinie na temat firmy i zarządu. I następnie skreślam około połowy kandydatów. Te trzy punkty wykonuję nie częściej niż raz na rok. Tak powstają moi kandydaci przefiltrowani przez AF.
  • Tworzę zestaw kilku prostych zasad AT, np. przecięcie dwóch średnich kroczących, ręczna analiza trendów i oporów itp.
  • Co pewien czas (np. raz na dwa tygodnie) dla każdej ze spółek-kandydatów wykonuję AT według powyższych zasad. Do tego wykonuję co kilka dni AT dla najważniejszych indeksów badając w ten sposób nastrój na rynku.
  • Jeśli rynek jest ok, to otwieram pozycję na najbardziej obiecujących pod względem AT spółek (o ile są jakieś obiecujące).
  • Pozycję zamyka wyłącznie ruchomy stop loss. Wielkością sterują zasady zamykania kapitału.

6 sie 2008

Kup, trzymaj i płacz

Metoda Kup I Trzymaj jest wyznawana przez wiele osób, które kupiły akcje w niewłaściwym momencie, lub nawet kupiły we właściwym ale nie zdołały sprzedać w odpowiednim. Trudno krytykować jednoznacznie te osoby, skoro sam miałem okres, w którym przez ponad pół roku trzymałem akcje, spadające o ponad 50% i ciężko było mi się ich pozbyć (była to suma kilkuset złotych, niby nie tak dużo, ale stanowiło to ok 10% mojego ówczesnego kapitału). Musiałem przełamać istotny opór psychiczny i mocno przekonać samego siebie, że ciągnięcie tego dalej nie ma sensu. No tak, ale to są błędy okresu nauki - każdy może je popełnić. Trudno jednak uwierzyć, że metodę Kup i Trzymaj mogą polecać początkującym inwestorom doświadczeni analitycy i doradcy. Radzą tak teraz, po prawie roku spadków, radzili i na szczycie hossy jak i tuż po rozpoczęciu spadków. Radzący często każą nie przejmować się spadkami, które jeszcze mogą nadejść (a więc z góry zakładają stratę dla osób którym doradzają) i potrzymać kupione akcje przez kilka lat. Wygląda więc na to, że pomimo iż argumenty przeciwko takiej metodzie inwestowania były przytaczane wiele razy przez wiele osób, to nadal istnieje potrzeba "rozprawienia" się z tym mitem.
Oto powtarzane czasem argumenty za metodą Kup I Trzymaj:
  • Osoby o małym doświadczeniu nie potrafią precyzyjnie powiedzieć kiedy wejść i wyjść z pozycji. Tak, więc najlepszą metodą jest zaufanie doradcom i wejście wtedy kiedy oni doradzają wejść. Szkoda tylko, że doradcy prawie zawsze doradzają kupowanie. Na szczycie hossy pisali, żeby kupować akcje zgodnie ze wzrostowym trendem. Od czasu rozpoczęcia spadków przez cały czas ich trwania wieszczyli, że dno jest już blisko (zawsze tylko 5-10% od danego poziomu) i jest to świetna okazja do zakupów. Zawsze znajdą jakieś uzasadnienie żeby niedoświadczony inwestor zrobił tak jak chcą (żeby mogli zgarnąć prowizję) Jednak w rzeczywistości najlepszą strategią dla niedoświadczonego i pasywnego inwestora jest wykonywanie ruchów rzadko, ucinanie strat na poziomie powiedzmy 10% (wychodzimy z inwestycji i czekamy aż sytuacja się wyklaruje) a zamiast celowania w dołek i górkę albo słuchania doradców - regularne zakupy za stałą kwotę pozwalające na uzyskanie niezłej średniej ceny zakupu. Nie ma to nic wspólnego z uśrednianiem strat o którym piszę dalej!
  • Jestem inwestorem długoterminowym, nie interesuje mnie krótkoterminowa spekulacja. A czy interesuje cię utrata połowy kapitału? Jeśli wartość waloru spada, to pewnie popełniłeś(aś) błąd przy wyborze. Po co przy nim tkwić? Czy nie lepiej sprzedać i zainwestować w coś innego, przynoszącego zyski? Inwestowanie długoterminowe to nie kup i trzymaj bez żadnego planu. Można kupić akcje z myślą o wielu latach i trzymać je jeśli pną się do góry, ale jeśli spadną więcej niż z góry założone x % to należy je sprzedać! Po silnym trendzie spadkowym można odkupić je taniej, lecz dla inwestora długoterminowego nadrzędną zasadą powinna być ochrona kapitału.
  • Dopóki nie sprzedam akcji nie straciłem. Czasami na mało płynnych rynkach ma to pewien sens. Zazwyczaj jednak jest to tylko mit i niemądre usprawiedliwienie. Strata, to strata. Po co w ogóle trzymać jakiekolwiek akcje jeśli nie spodziewamy się, że wzrosną. Jeśli straciliśmy na nich, ale mimo to sądzimy, że wkrótce ich wartość znacznie wzrośnie, to w porządku - takie postępowanie można uznać za uzasadnione (o ile prognozując rozwój wydarzeń dla waloru, który posiadamy jesteśmy w stanie zachować obiektywność). Twierdzenie, o tym że "wirtualna" strata nie jest prawdziwą stratą jest tym bardziej fikcyjne, że w każdej chwili możemy sprzedać i natychmiast kupić te same akcje. Być może cena będzie minimalnie inna i stracimy też trochę na prowizji, jednak patrząc z większej perespektywy widać, że jest to operacja neutralna. Co więcej: wiele osób robi tak tylko po to, by strata przelała się na papier aby zmniejszyć podatek lub uniknąć go! Tak więc trzeba przyjąć do wiadomości, że wraz z ruchami cen, tracisz i zyskujesz bez przerwy. Nie zawsze są to realne ceny, po których byłbyś w stanie kupić/sprzedać ze względu na problem płynności, ale masz obowiązek traktować poważnie "wirtualne" zmiany wartości portfela jeśli nie chcesz zostać inwestorem długoterminowym z konieczności.
  • Jeśli rozsądnie wykonuję dywersyfikację portfela, to mogę nie przejmować się utratą, nawet znaczną, wartości pojedynczej spółki, bo nadrobią to z nawiązką inne spółki. Jest to mit, który boleśnie weryfikuje pierwsza większa bessa. Gdy spada cena 400 spółek, a rośnie 10, dywersyfikacja polegająca na kupnie akcji wielu różnych spółek z różnych sektorów gospodarki, zawodzi. Aby naprawdę zdywersyfikować portfel należałoby poza akcjami trzymać w nim jeszcze: złoto, gotówkę, kontrakty na towary a dobrze byłoby też jakąś nieruchomość. Dopiero wtedy możemy mówić o jakimś zabezpieczeniu. Ale i wtedy nie widzę jakoś bardzo sensu na godzenie się ze stratami, których można uniknąć. Jedynym wyjątkiem jest sytuacja, gdy wchodzimy w jakąś bardzo ryzykowną, ale i potencjalnie bardzo zyskowną transakcję małą częścią kapitału. Na przykład mam 1000zł przeznaczone na ryzykowne inwestycje i co pewien czas wchodzę na rynek za 100zł. Jeśli stosunek zysk/ryzyko to 1:3 to mogę nawet zaryzykować całe 100zł. Raz stracę, może i drugi, a trzeci zarobię 300zł.
  • Ze względu na wzrost gospodarczy akcje w dłuższym terminie zawsze rosną. Zakup akcji jest najlepszy w perespektywie co najmniej 5-10 lat. Powiem prosto: popatrzcie na wykres indeksu giełdy w Tokio (nikkei). Ktoś, kto kupiłby akcje na szczycie hossy pod koniec lat 80, dziś miałby mniej niż 40% swojego kapitału chociaż minęło prawie 20 lat - całe pokolenie! Nie mówiąc o stratach spowodowanych inflacją w tym okresie! W zasadzie mogłem nie pisać takiego długiego artykułu tylko podać ten przykład i wystarczyłoby to za resztę słów. Tym bardziej nie mogę zrozumieć dlaczego doradcy im bardziej ryzykowny instrument sprzedają, tym dłuższy okres czasu sugerują jako horyzont inwestycji. Dla funduszy akcji podają właśnie 5-10 lat jako idealny termin. Dlaczego? Czy sądzą, że dłuższy termin zwiększy przewidywalność inwestycji i zmniejszy ryzyko i możliwą zmienność stóp zwrotu? Na zasadzie: raz rośnie, raz spada, to pewnie wyjdzie na zero? Być może, ale czy naprawdę ktokolwiek jest w stanie podjąć się próby przewidzenia, co może zdarzyć się na świecie w ciągu kolejnych 10 lat? Może gospodarka USA zbankrutuje i zastąpią ją np. Chiny, może będzie ciężki światowy kryzys gospodarczy, a może wprost przeciwnie - po wynalezieniu nowego, wspaniałego źródła energii ludzkość czeka bezprecedensowy okres wspaniałej prosperity?
  • Po spadkach kupię taniej i uśrednię cenę zakupu w dół. Tak może rozumować tylko osoba o wyjątkowo słabej znajomości matematyki lub... bardzo zakochana w posiadanych przez siebie akcjach. Tak bardzo, że aż oszukuje samego siebie. Uśredniając zwiększamy kapitał zaangażowany w tracący walor. A strata na pierwotnym pakiecie akcji nie zmniejsza się ani trochę. Co najwyżej zyskamy trochę na nowym pakiecie. A może stracimy więcej na obydwu. Dokupywanie akcji ma sens TYLKO jeśli spodziewamy się wzrostów kursu akcji i w dodatku większych niż innych spółek. Jeśli uważasz, że spółka Y ma lepsze perespektywy wzrostu niż X, której akcje posiadasz, to po co dokupywać X? Sprzedaj X i kup Y!
Co może zrobić zwykły zjadacz chleba ze swoimi udziałami w TFI? Ufać doradcom i czekać jak baran na rzeź? Nie, i nie trzeba wcale dużej aktywności, żeby dobrze zarządzać swoim kapitałem. Wystarczy raz na tydzień, dwa przeczytać gazetę patrząc czy coś złego nie dzieje się w światowej i lokalnej gospodarce i z taką samą częstotliwością sprawdzać stan rejestru. I sprzedać wszystko w momencie gdy zaczyna się poważny kryzys gospodarczy lub wartość jednostki spadnie o powiedzmy 10%. Gdyby rzesze Kowalskich tak robiły, to sprzedały by swoje udziały gdzieś w sierpniu 2007, no powiedzmy w najgorszym razie w grudniu...

Inna sprawa, że większość nie może mieć racji. Na rynkach finansowych większość mająca rację to sprzeczność sama w sobie, co częściowo wyjaśniałem w poprzednim wpisie dotyczącym entropii na rynkach finansowych, który polecam...

14 mar 2008

Zarządzanie kapitałem

Zarządzanie kapitałem, to jeden z najważniejszych problemów inwestora. Wykształcenie dobrych nawyków i ustalenie odpowiednich zasad jest kluczem do sukcesu. To właśnie odpowiednie zarządzanie kapitałem i co się z tym pośrednio wiąże - ryzykiem, odróżnia "dawców kapitału" od rekinów biznesu latami zarabiających na giełdzie. Dlaczego to takie ważne ? Na początek proponuję proste ćwiczenie matematyczne. Ile trzeba zyskać aby odrobić straty po: 5, 10, 20, 30, 50 i 70 % obsuwie kapitału?

Strata [%]Niezbędny zysk [%]
55,26
1011,11
2025
3042,86
50100
70233,33

Jak widać po stracie 50% kapitału musielibyśmy trafić na inwestycję, która da nam 100% zwrotu tylko po to aby wyjść na zero. Wow, 100% zwrotu ! Taka wspaniała inwestycja nie zdarza się co dzień. Tym bardziej bolesne musi być to, że nawet jeśli uda się uzyskać taki zwrot, to wystarczy to zaledwie do pokrycia strat. A jeśli nie uda nam się trafić na taką żyłę złota i w dodatku nadal będziemy tracić, to szybko zostaniemy pozbawieni większości kapitału i możliwości inwestowania w ogóle.

Z powyżej tabelki wynika, że straty do ok 10% nie powodują jeszcze tak dużego obsunięcia i można je z małym bólem zaakceptować. Oczywiście długi łańcuch kolejno następujących po sobie małych strat może również skutecznie odchudzić nasz portfel. Dlatego po wystąpieniu kilku strat należałoby jeszcze raz przemyśleć swoją strategię. Czy nie walczymy z rynkiem? Czy nie popełniamy błędu ? Nie należy oczywiście zmieniać systemu TYLKO z powodu strat, bardziej chodzi mi tutaj o zrobienie sobie chwili oddechu i refleksji. Nawet najlepszy system może wygenerować długi ciąg stratnych transakcji i trzeba być na to gotowym. Wychodzenie z pozycji z małą stratą może pomóc nam zachować kapitał w trudniejszym okresie.

Jednym ze sposobów na minimalizację strat i zapewnienie swojemu kapitałowi egzystencji jest stosowanie zleceń obronnych. Używanie 3-10% stop loss to rozsądne podejście, przy czym większość ekspertów sugeruje raczej wartości bliższe 3 niż 10. O zleceniach stop loss już pisałem i na pewno wrócę do tego tematu. Jednak stop loss to nie wszystko, a używanie go nie oznacza zarządzania kapitałem. Pozostaje jeszcze kilka dodatkowych kwestii.

Rezerwa
Nie jest najlepszym pomysłem inwestowanie 100% kapitału. Pomyłka, nagłe załamanie rynku itp. mogą spowodować dużą stratę, która wykluczy nas z gry lub uczyni ją znacznie trudniejszą. Patrz tabelka powyżej. Rezerwa daje nam szansę dalszej gry na tym samym poziomie. Idealnym sposobem utworzenia rezerwy jest wykorzystanie do tego celu części wcześniejszych zysków. Gdy zysków brak - trzeba zacisnąć zęby i grać za mniej niż można. Na dłuższą metę to się po prostu opłaca. Wiele osób neguje tą zasadę twierdząc: "po co trzymać broń przy nodze, skoro można z niej strzelać". Cóż, jak zabiorą ci całą broń w czasie bessy, to zostaniesz bezbronny i niezdolny do dalszego działania. Jeśli to dla ciebie gra bez znaczenia i grasz tylko dla adrenaliny, to ok, ale jeśli naprawdę chcesz zarobić, a w szczególności jeśli chcesz zarobić na szybką i dostatnią emeryturę, to nie możesz sobie pozwolić na taką głupotę jak utrata większości kapitału z powodu kilku(-nasto, lub -dziesięcio nawet) miesięcznej bessy.

W szczególności należy utrzymywać rezerwę na rynkach lewarowanych i na rynkach opcji. Na rynku lewarowanym, np. na rynku kontraktów terminowych, czy na rynku forex utrzymywanie rezerwy zmniejsza realną dźwignię finansową. Zbyt wysoka dźwignia finansowa nie tylko zwiększa ryzyko i zmienność naszych wyników, ale w praktyce sama jest przyczyną powstawania strat o czym naganiacze i brokerzy najczęściej nie mówią. Czy naprawdę myślicie, że brokerzy rynku forex robią komuś łaskę utrzymując dźwignię rzędu 1:100 i czasem nawet większą ? Nie, oni na tym właśnie zarabiają! Zmienność kursów walut jest mniejsza niż np. akcji i po to właśnie wprowadzono dźwignię, aby ją zwiększyć. Jednak wystarczyłoby 1:4, no powiedzmy maks. 1:10! Większe lewarowanie powoduje, że przy niewielkim, chaotycznym w mikroskali, ruchu cen jesteśmy zmuszani do zamykania naszej pozycji na SL. Czasem trafi się duży zysk, generalnie jednak handel szybko staje się chaosem i przypadkiem, liczba transakcji staje się gigantyczna (o to chodzi brokerowi, który zarabia na prowizjach) a podążanie za trendem, czy sensowna analiza techniczna lub fundamentalna stają się niemożliwe. Prowizje brokera są z kolei tym większe (procentowo) im większy lewar. To szerszy temat i na pewno poruszę go w osobnym artykule.

Na rynku opcji na pierwszy rzut oka ryzykujemy zawsze 100% zainwestowanej kwoty (opcja może stać się bezwartościowa). W praktyce jesteśmy w stanie skonstruować taką strategię, która daje nam bardzo dużą pewność, że w najgorszym przypadku otrzymamy zwrot sporej części inwestycji. Pomaga nam w tym zaawansowana matematyka finansowa. Duża pewność nie oznacza jednak na pewno i dlatego właśnie należy utrzymywać tutaj sporą rezerwę, która zwiększy przewidywalność naszych inwestycji.

Powstrzymanie się od inwestowania
Gdy już wciągniemy się na dobre w giełdę coraz trudniej będzie nam się od niej oderwać. Grozi nam przesadzenie polegające na ciągłym śledzeniu mało istotnych newsów, wykonywaniu przesadnej ilości ruchów w celu wygenerowania większego (szybszego) zysku i ciągłe zmienianie założeń systemu w celu znalezienie tego idealnego (św. Graala giełdy). To powoduje powstawanie zmęczenia psychicznego grożącego wypaleniem oraz straty na prowizjach. Taki klient to idealny klient dla domów maklerskich, doradców inwestycyjnych, sprzedawców udziałów TFI i innego szemranego towarzystwa żerującego na naiwnych. Najlepsza rada jakiej mogę w tej kwestii udzielić to: daj popracować swojemu systemowi a resztę zignoruj.

Powstrzymanie się od inwestowania ważne jest po serii strat. Należy wówczas odetchnąć głęboko i zrobić sobie przerwę - miesiąc może kilka. Może graliśmy wbrew rynkowi - niech obecny trend zdąży się odwrócić. Może straciliśmy właściwą perespektywę - po paru długich spacerach poprawi nam się. Nie należy przejmować się, że uciekają nam potencjalne szanse. Będą kolejne! Rynek zawsze daje szanse, ważniejsze jest natomiast zdrowe podejście do inwestowania. Jeśli to ma być nasze zajęcie przez wiele lat, to od okazji chwili ważniejsze jest nasze podejście.

Wielkość pozycji
Nie jest sztuką kupić akcje jednej spółki za całą sumę i ustawić 5% stop loss. A co jeżeli nastąpi gwałtowne załamanie kursu (np. po informacji o potencjalnym bankructwie spółki) i nie znajdzie się nikt kto by kupił od nas akcje drożej niż z 50% dyskontem ? Cóż, pech - nie da się przewidzieć takich rzeczy (chyba że jesteśmy w zarządzie bankrutującej spółki, wtedy szybciutko sprzedajemy jej akcje, jeszcze przed info hehe). Jeśli podzielimy nasz kapitał na więcej części to nasz zwrot znacznie bardziej zależy od naszych umiejętności niż od szczęścia. To dlatego, że nasz wynik zależy nie tylko od wartości oczekiwanej zwrotu z transakcji, ale także od odchylenia standardowego. Jeśli średnio uzyskujemy 10%, ale inwestujemy na zmiennym rynku, a odchylenie standardowe jest spore, to nie powinna nas zdziwić np. seria wyników: -30%, +40%, -20%, + 5%, -10%, +50%, -25%, +10%, + 0%, +80%. Średnio daje to +10%, ale maksymalne obsunięcie kapitału w pewnym momencie jest dość duże. W dodatku pierwsza strata niekorzystnie wpływa na dalsze wyniki i zaniża je(patrz tabelka na początku posta i jej interpretacja). Gdyby jednak podzielić kapitał na 10 części, to powyższa seria mogłaby zdarzyć się w okresie równoważnym jednej wcześniejszej transakcji, a dla całego kapitału oznaczałoby to zwrot dokładnie +10%. W kolejnych transakcjach istniałaby spora szansa, że zwrot byłby podobny. Nie chcę czytelników zanudzać wzorami, ale po podzieleniu kapitału na 10 części odchylenie standardowe znacząco spada. Nasza wartość oczekiwana nie spada za to poniżej granicznej wartości +10%.

Gdy dysponujemy ograniczonym kapitałem trudno jest podzielić kapitał na wiele części. Dochodzimy bowiem dość szybko do granicy, w której prowizja maklerska staje się stała (obecnie najczęściej jest to 10zł i 0.89% za kupno + sprzedaż tak więc granicą opłacalności jest 1123zł). Nieznaczne przekroczenie tej granicy w dół ma sens, jednak zbyt duże spowoduje, że prowizja stanie się wysoka (procentowo) w stosunku do inwestycji i zje nam większość zysków.

Dywersyfikacja
"Nie wkładaj wszystkich jaj do jednego koszyka" mawiała babcia. To powiedzenie jak ulał pasuje do wszelkich inwestycji. Nie należy inwestować całego kapitału na jednym rynku, bo ewentualna bessa na tym rynku pogrąży nasze z trudem zdobyte oszczędności. Tematem tego bloga jest inwestowanie na giełdzie, jednak należy pamiętać, że nie powinno się na niej inwestować więcej niż 20-40% swojego kapitału. Resztę dobrze jest ulokować w nieruchomościach, walutach, złocie i innych metalach szlachetnych, towarach itp. My przyjmujemy, że wyjściowa kwota tego bloga (10 tys. zł.) to jest już owe 20-40% całego kapitału. Dlatego w dalszej części bloga nie będziemy zajmować się już dywersyfikacją kapitału na różne rodzaje rynków. Jednak ta "zgrubna" dywersyfikacja to nie wszystko. Wewnątrz naszego kapitału przeznaczonego na grę giełdową także należy dokonać podziałów. Takich podziałów możemy dokonać pod różnym względem:
  • wielkość spółki - możemy rozróżnić segmenty dużych spółek, średnich, małych i mikro.
  • cechy spółki - można podzielić spółki na stabilne, spekulacyjne, niedowartościowane itp.
  • branża spółki - można dzielić spółki według branż w których działają.
  • rodzaj rynku spółki - można oddzielić spółki z rynku podstawowego, new connect czy rynku równoległego, osobną kategorią mogą być spółki debiutujące na rynku.
  • rodzaj instrumentu - można inwestowanie podzielić na: zakup akcji, spekulację kontraktem na indeks, spekulację na rynku opcji itp.
  • sposób doboru spółki - można wydzielić część kapitału na grę przy użyciu specyficznych zasad, np. tylko przy pomocy analizy technicznej, albo tylko przy pomocy analizy fundamentalnej
  • zakres czasowy inwestycji - można podzielić kapitał na część przeznaczoną na inwestycje długoterminowe i część przeznaczoną na spekulację
Jak widać możliwości jest wiele, a głównym celem jest zabezpieczenie się przed popełnionym błędem. Na przykład błędnie dobrana strategia inwestowania na rynku New Connect może przynieść spore straty, lecz jeśli użyliśmy do tego tylko niewielkiej części kapitału, to inne segmenty pozwolą nam mimo wszystko zarobić. Mądry inwestor to nie ten, który nie popełnia błędów, lecz ten który zarabia mimo ich popełniania!

Przy takiej dywersyfikacji warto pamiętać, że segmenty rynku najczęściej skorelowane są dodatnio i w mniejszym lub większym stopniu podążają w tym samym kierunku. Dywersyfikacja nie jest więc lekiem na bessę lecz narzędziem podobnym do opisanego w punkcie "Wielkość pozycji" - ma nas zabezpieczyć przed postawieniem wszystkiego na złego konia. Pewnym wyjątkiem jest gra na spadki - wejście w krótkie pozycje na kontraktach na indeks lub kupno opcji typu put to transakcje ujemnie skorelowane np. do kupna akcji. Warto mieć w zanadrzu interesującą taktykę ubezpieczającą - kupujemy akcje i odpowiednią opcję put. Dobrze dobrana taktyka opcyjna umożliwi nam ograniczenie potencjalnych strat do stałej wartości nawet bez stosowania SL. Na pewno wrócę jeszcze do tego ciekawego tematu w przyszłości.

Zysk/ryzyko
Wprawdzie zgadzam się z regułą "ucinaj straty i pozwól zyskom rosnąć", jednak dopuszczam istnienie pewnego zakresu zysków, który powinien spowodować zwiększenie czujności inwestora albo nawet sprzedanie części walorów. Co prawda trendy bywają często naprawdę długie, mocne i osiągają trudne do wcześniejszego wyobrażenia poziomy (albo to tylko spekulanci wytrwale "pompują balony"), ale na dłuższą metę prawa statystyki są nieubłagane. Im dłuższa hossa, tym bardziej prawdopodobna jest zmiana trendu. Co gorsza po długich wzrostach, spadki też raczej będą długie i bolesne...

Po osiągnięciu pewnego (z góry zakładanego) poziomu można sprzedać np. taką liczbę akcji aby zwróciła ona koszt zakupu podczas gdy reszta akcji swoją wartością złoży się na zysk. Inną strategią jest znaczne (np. o połowę) zmniejszenie oddalenia zleceń SL od aktualnego kursu. Dzięki temu nadal pozwalamy zyskom rosnąć, ale niewielkie spadki od razu traktujemy jako sygnał alarmowy uciekając z naszymi zyskami.

Poziom potencjalnej realizacji zysków dobrze jest określić w stosunku do ryzyka jakie na siebie nakładamy. Dobrze jest jeśli Zysk/Ryzyko jest większe od 3 a najlepiej jeśli przekracza 5. Na przykład jeśli używamy SL = 5%, to zysk 30% oznacza współczynnik Zysk/Ryzyko = 6. Osobiście staram się nie otwierać pozycji jeśli widzę, że szacowany realistycznie Zysk/Ryzyko będzie mniejsze niż 3, a gdy przekroczy 5 - zmniejszam SL lub całą pozycję.

Temat jest obszerny jak rzeka, ale pora już kończyć żeby post nadal był strawny do przeczytania. Wkrótce poruszone tutaj problemy postaram się przekuć na założenia prawdziwego systemu giełdowego.

12 mar 2008

Stop loss

Jedna z podstawowych zasad giełdy mówi: "tnij straty, pozwól rosnąć zyskom". Większość osób zgadza się z tym stwierdzeniem, jednak tylko nieliczni potrafią wprowadzić go w życie w praktyce. Podstawową techniką pozwalającą na to jest stosowanie kroczących zleceń obronnych (ang. trailing stop loss orders). Polega ona na określeniu maksymalnej straty (w procentach) i składaniu zlecenia sprzedaży waloru z limitem aktywacji z wartością wyznaczoną przez odjęcie maksymalnej straty od ostatniej ceny zamknięcia. Wielu inwestorów deprecjonuje trailing stop losses podając ich wady:
  • Jeśli SL ma naprawdę być kroczący, to często (codziennie przy rosnącym rynku) należy składać nowe zlecenie sprzedaży, co czasem może być kłopotliwe. Na niektórych rynkach (np. forex) standardem jest, że platformy handlu elektronicznego posiadają funkcje automatycznej zmiany poziomu trailing SL w zależności od zmian cen waloru. Większość biur maklerskich obsługujących GPW niestety nie posiada takiej funkcji. Jeśli jednak nie chcemy często składać zleceń możemy złożyć tylko pierwsze zlecenie tuż po zakupie (ono broni nas przed stratami) a potem składać zlecenia rzadziej aktualizując poziom SL np. co tydzień lub wtedy kiedy jesteśmy w stanie. Takie podejście może zabrać nam część zysków (przy gwałtownym odwrocie cen) ale czasem jest nieodzowne.
  • SL z góry zakłada, że od każdej transakcji odcinamy x% zysku, gdzie x to nasza maksymalna strata. Wada ta jest dość często przedstawiana przez fanatycznych łapaczy spadających noży, czyli osoby próbujące wstrzelić się w dokładnie w dołek czy w górkę. Jednak każdy kto trochę dłużej interesuje się giełdą wie, że często wzrosty i spadki trwają naprawdę długo i uparcie i próba przewidzenia ich zakresu to czysty hazard i wróżenie z fusów. Co z tego, że raz czy drugi złapiesz szczyt i zyskasz te x% w stosunku do osoby stosującej trailing SL skoro kolejny raz sprzedasz w połowie ruchu tracąc prawie 50% potencjalnego wzrostu.
  • SL nie zawsze się wykona prawidłowo. To jest prawdą na mało płynnych rynkach. Tym bardziej, że ustawiając zlecenie sprzedaży z pewnym limitem aktywacji musimy także podać limit ceny. Na mało płynnym walorze jest to bardzo trudny moment - ustawienie pkc może spowodować, że tak naprawdę sprzedamy ze stratą 2-3 * x% a nawet może dojść do tego, że samo nasze zlecenie zbije na chwilę kurs. Z kolei ustawienie konkretnej kwoty zawsze daje niepewność, czy w ogóle uda nam się sprzedać. Odpowiedź jest prosta: korzystając ze SL wybieramy rynki jak najbardziej płynne.
  • "Nie dam się wyleszczyć" - tak często mówią przeciwnicy SL. No cóż, stosując SL wiele razy zdarzy się, że oddasz akcje akurat na samym dnie lokalnej korekty. Potem pociąg odjedzie a ty zostaniesz na peronie. Wierz mi jednak, że najważniejsze jest przede wszystkim zachowanie kapitału. Giełda daje kolejne szanse ciągle i nieprzerwanie. Jeśli stracisz kapitał to już z nich nie skorzystać. Na giełdzie lepiej jest dwa razy nie zyskać niż raz stracić. Jest to pośrednio związane z zarządzaniem kapitałem, któremu wkrótce poświęcę osobnego posta.
Jeśli ktoś mimo wszystko nie wierzy w sensowność SL, to niech odłoży sobie niewielką kwotę i zacznie grać nią bez SL. Mając sporo szczęścia można nigdy nie zauważyć potrzeby stosowania SL, ale wystarczy jedna fatalna decyzja, jedna obsuwa powyżej 30% i gracz natychmiast zobaczy ciemną stronę niestosowania tej techniki.

Zasada SL ma odniesienie także do popularnej metody "kup i trzymaj". Jej zwolennicy twierdzą, że dopóki nie zrealizujemy straty, to straty nie ma - jest tylko wirtualna, a w dodatku większość spółek prędzej czy później wraca do dawnego poziomu i straty można odrobić. Pierwsze stwierdzenie to bzdura - jeśli można było sprzedać, to straty są jak najbardziej realne. Są to straty wynikające z utraty korzyści. Po co dopuszczać do straty 30% skoro można wyjść przy stracie 5% i korzystać z tego kapitału ? Te 25% zainwestowane gdzie indziej przez lata może przynieść spore zyski. Dodatkowo zwolennicy metody KiT tracą czas blokując swój kapitał w niedochodowych akcjach czasami całe lata. Dziesiątki okazji do zarobku mijają ich, a ich kapitał jest erodowany przez inflację nawet jeśli koniec końców sprzedadzą bez straty! Jeśli chodzi natomiast o to, że większość spółek wraca do poziomów przed spadkami, to łatwo jest w internecie znaleźć opracowania pokazujące jak jest w rzeczywistości: część wraca, część wraca po wielu, wielu latach a część nigdy nie wraca lub wręcz bankrutuje. Dużo zależy także od momentu zakupu: jeśli zakupimy na szczycie to naprawdę długo musimy czekać na powrót do poziomu wyjściowego. Ktoś kto kupiłby akcje spólek japońskich na szczycie hossy z lat 80 mógłby do dziś nie doczekać się pozytywnego zwrotu z tej inwestycji! Oczywiście odpowiednio dywersyfikując portfel (znów kłania się zarządzanie kapitałem) zwolennik KiT mógłby ostatecznie wyjść na swoje gdy w portfelu trafi na spółki zarówno stratne jak i zyskowne. Jednak gdyby nie trzymał uparcie stratnych mógłby zarobić więcej, nie blokować kapitału i mniej obciążyć swoją psychikę (patrzenie jak twoje akcje spadają o kolejne %% nie jest przyjemne).

cdn.

11 mar 2008

Trendy

Jedną z podstawowych czynności jakie powinien wykonać każdy potencjalny inwestor jest zbadanie trendów panujących na rynku. Znajomość trendów o różnym horyzoncie czasowym jest ważna zarówno dla inwestora długoterminowego jak i dla krótkoterminowego spekulanta. Oto dlaczego:
  • Inwestor długoterminowy: inwestuje zgodnie z trendami o dłuższych horyzontach czasowych, ale punkt wejścia i wyjścia określa na podstawie trendów o krótszym horyzoncie czasowym.
  • Inwestor krótkoterminowy inwestuje zgodnie z trendami krótkoterminowymi, ale znajomość trendu długoterminowego ułatwia mu przewidzenie zmian w trendach krótszych a także ich zakres czasowy i wartościowy.

Trendy podzielę na trzy kategorie: długoterminowe, średnioterminowe i krótkoterminowe.
  • Trend długoterminowy - jego zakres czasowy to od 3 do 10 lat (lub nawet więcej). Obecnie nasza giełda znajduje się w trendzie wzrostowym. Wykres można obejrzeć np. tutaj: http://stooq.pl/q/?s=wig20&c=30y&t=c&a=lg&b=0 Punkty wyznaczające linię trendu to dołki z polowy lat 90 oraz dołki po kryzysie dot-comów z lat 2001 i 2002. Obecnie linia tego trendu znajduje się na poziomie ok 1800 punktów.
  • Trend średnioterminowy - jego zakres czasowy to od 6 miesięcy do 2-3 lat. Obecnie znajduje się w trendzie spadkowym: http://stooq.pl/q/?s=wig20&c=3y&t=c&a=lg&b=0 Zmiana trendu nastąpiła w pierwszej połowie grudnia 2007 kiedy kurs przebił linię trendu hossy trwającej ostatnie kilka lat.
  • Trend krótkoterminowy - zakres czasowy: od 2-3 tygodni do 6 miesięcy. http://stooq.pl/q/?s=wig20&c=5m&t=c&a=lg&b=0 Od połowy stycznia, po silnych styczniowych spadkach giełda trwała w słabym trendzie wzrostowym. Trend ten wytracił impet i następnie załamał się pod koniec lutego, dlatego obecnie oceniam go jako trend boczny. Wzrosty w ostatnich dwóch dniach być może rozpoczynają trend wzrostowy.

Tyle o trendach. Wkrótce przedstawię swoją strategię na różne sytuacje będące kombinacją tych trzech rodzajów trendów. Najpierw jednak jeszcze kilka postów teoretycznych aby ugruntować sobie bazę dla przyszłych artykułów.

Początek

Witam wszystkich czytelników.
Giełdą interesuję się od kilku lat, od ponad roku aktywnie inwestuję. Na razie są to niewielkie kwoty - w praktyce jest to tylko nauka. Zamierzam w najbliższej przyszłości rozpocząć bardziej aktywne inwestowanie, kiedy tylko uznam, że zebrałem już wystarczający kapitał. Chciałbym podzielić się z wami moimi uwagami, analizami oraz wykorzystać tego bloga jako swego rodzaju centrum doświadczalno-dyskusyjne. Mam nadzieję, że moje artykuły pomogą wam w skutecznej grze na giełdzie, a wasze krytyczne uwagi pomogą mi pisać lepsze posty i usprawnić mój system. Jest to więc można powiedzieć transakcja wiązana.

Użyłem wymiennie określeń inwestowanie i gra. Jest to oczywiście coś zupełnie innego (w najbliższym czasie pragnę napisać o tym posta). Nie negując żadnego z podejść chcę w rozsądny sposób spróbować obydwu. Jeśli można zarobić na spekulacji, to dlaczego tego nie zrobić ? Na dłuższą metę jednak podejście długoterminowe daje większą pewność i spokój. Na odwieczne pytanie: technika, czy fundamenty również staram się nie dawać jednoznacznej odpowiedzi. Jedno i drugie powinno być bronią rozsądnego inwestora i żadnego nie należy negować.

Gdy zaczyna się inwestować należy odpowiedzieć sobie na jedno ważne pytanie: Po co to robię ?
W moim przypadku odpowiedź jest dwojaka:
  • Obecny system emerytalny nie gwarantuje mi, że będę w stanie utrzymać siebie i rodzinę na przyzwoitym poziomie. W dodatku zmusza mnie do pracy przez wiele, wiele lat bez gwarancji, że cokolwiek z tego będę mieć. Nie zgadzam się na taki los. Biorę sprawy w swoje ręce i chcę za 10 lat, w wieku 40 lat przejść na dostatną emeryturę. Milion na koncie akurat powinien wystarczyć, by żyć na średnim poziomie wyłącznie z dochodów z tego kapitału.
  • Giełda to dla mnie gra i przygoda. Lubię gry wszelkiego rodzaju, a gra która może dać pozytywny zwrot finansowy jest szczególnie interesująca. Rzecz jasna nie może to przerodzić się w hazard. Aby temu zapobiec postaram się stosować szereg metod, które zebrane w całość złożą się na mój system. System będzie modyfikowany w zależności od rozwoju sytuacji jednak najważniejsze założenia powinny pozostać stałe.

Reasumując: moim zamiarem jest zdobycie kwoty 1 miliona złotych (z uwzględnieniem inflacji) startując od kwoty 10 tysięcy złotych wyłącznie przy pomocy gry na giełdzie. Czy jest to niemożliwe ? Zobaczymy za kilka lat. Niniejszy blog ma stanowić zapis tego eksperymentu. Będę na bieżąco przedstawiać wszystkie transakcje wykonane przy pomocy mojego systemu oraz osiągane wyniki. Za wszelkimi operacjami stać będą prawdziwe operacje ponieważ uważam że gra przy pomocy wirtualnych pieniędzy nie ma sensu. Oczywiście nie gwarantuję, że wykonam w 'realu' każdą operację opisaną na blogu i że kwoty zawsze pozostaną takie same :-) Na potrzeby śledzenia wyników systemu założyłem publiczny portfel w serwisie bankier.pl: http://www.bankier.pl/inwestowanie/portfele/pf_value.html?pf_id=113565 Ponieważ startowa kwota to 100 tys. zł. przy analizowaniu portfela należy wszystkie wartości podzielić przez 10 aby odnieść to do celów inwestycyjnych jakie sobie postawiłem. Inaczej mówiąc cel zostanie zrealizowany, gdy w tym portfelu pokaże się 10 mln zł.

Mam nadzieję, że moje posty będą ukazywać się w miarę regularnie. Zależy to oczywiście od ilości wolnego czasu. W końcu nie samą giełdą człowiek żyje :-)

Disclaimer:
blog ten
jest blogiem hobbystyczno-edukacyjnym. Jego treść nie powinna być interpretowana jako rekomendacja jakichkolwiek decyzji inwestycyjnych. Autor nie jest zarejestrowanym doradcą finansowym w Polsce, a wszelkie decyzje inwestycyjne są wyłączną odpowiedzialnością czytelnika.