Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bessa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bessa. Pokaż wszystkie posty

4 lut 2010

Sygnał S - 04022010

Ledwie dwa dni temu prognozowałem możliwą zmianę trendu pokazując jak wykres WIG20 testuje bardzo ważne poziomy. I oto proszę - dzisiaj na tym wykresie wypadło dno. Średnie krótkoterminowe (SMA 15/SMA30 dzienne) pokazały sygnał sprzedaży. Średnioterminowe (SMA30/SMA45) jeszcze nie. Jeśli ktoś gra krótkoterminowo to powinien rozważyć grę krótką. Oczywiście na ewentualnym odbiciu. A jeśli go nie będzie, to moim zdaniem nie ma już sensu. Dziś dynamika była na tyle silna, że wchodzenie w krótkie pozycje jutro nie ma sensu. Trzeba poczekać na odbicie i zgarnąć po nim resztę rodzącego się trendu.
Zabawmy się znów we wróżkę i spróbujmy przewidzieć zasięg spadków. No cóż, wszystko zależy od tego czy to tylko korekta rocznej hossy, czy kolejna fala kryzysowych spadków. A może tylko malutka korekta ostatnich kilku miesięcy? Są możliwe więc trzy scenariusze:
  • korekta krótka - skończy się na poziomie 2250. Świadczy o tym charakterystyczna formacja flagi, która zapowiada że drugi ruch będzie długości pierwszego. Ta formacja po wybiciu dołem jest bardzo mocno sprawdzalna, a że pierwszy ruch odbył się między 2500 a 2350, to drugi startujący z 2400 powinien dojść do 2250. Dziś na poziomie 2280 dobił już prawie tego dna.
  • korekta średnia - prawdopodobna linia wsparcia to albo ok 2000-2050 albo 1750-1800. Tam znajdują się linie wsparcia jeśli popatrzeć na wykres technicznie. Jeśli nie wierzyć AT, to i tak rzut oka na wykres pozwala sądzić, że rajd giełdowy był chyba nadmiernie optymistyczny. Z 1300 do 2500 w rok, to prawie 100%. Korekta się po prostu należy i poziomy o których napisałem są realne, nie pesymistyczne.
  • ciąg dalszy spadków - ratuj się kto może, dno nieznane. Sytuacja gospodarcza jest nadal niejasna, zadłużone rządy drukują pusty pieniądz, banki upadają itd. itp. Giełda jest podatna na wahania koniunktury, przerabialiśmy to w 2008.
Realizacja pierwszego scenariusza nie wyklucza kolejnych scenariuszy (po krótkich odbiciach). Warto mieć je na uwadze. Jak to mówią: "Działaj krótkoterminowo, myśl w długim terminie".

11 maj 2009

Nieruchomości. Co dalej?

Dzisiaj dla odmiany temat nie dotyczący bezpośrednio giełdy (jednak pośrednio mający na nią duży wpływ) - rynek nieruchomości. Wiele osób zastanawia się obecnie, czy jest to dobry moment na zakup mieszkania. Osoby te często wstrzymują się z tym od połowy 2007, kiedy pękła bańka na rynku nieruchomości w USA. W kraju tym recesja na rynku nieruchomości jeszcze się nie skończyła, z drugiej strony można tam już znaleźć sporo dobrych okazji. W Polsce sytuacja nie jest tak jednoznaczna.

Jest wiele argumentów zarówno za spadkami cen, jak i wzrostami. Za chwilę je przytoczę. Chciałbym jednak dodać, że ciężko jest mi zdecydować w jaką stronę przechyla się szala. Jeśli spodziewaliście się jasnego stwierdzenia: będzie tak i tak, to przykro mi, że was rozczarowałem. Z drugiej jednak strony chyba lepiej jeśli nie wróżę z fusów i nie próbuję oszukiwać swoich czytelników jak niektórzy "analitycy". Niech każdy sam się zastanowi.

Argumenty za spadkiem cen:
  • Wysoka cena. Co prawda cena jest rzeczą względną i zależy od relacji popytu i podaży, ale są takie dobra i takie ich ceny, w przypadku których można mówić o tym, że przekroczenie pewnego poziomu cen znacząco zredukuje popyt. W przypadku nieruchomości mieszkaniowych jest to możliwość zakupu 1m^2 za średnie wynagrodzenie. Obecnie wynosi ono 3195,56zł i taką średnią cenę za metr można uznać za realną. Oczywiście w dużych miastach, a szczególnie w Warszawie przeciętne wynagrodzenie jest wyższe, ale rzecz jasna nie wynosi 6tys. zł. a tyle co najmniej nadal trzeba wydać za kupkę cegieł złączoną zaprawą zwaną domem. Przy takich cenach tylko fakt, że większość mieszkań kupuje się na kredyt, może napędzać popyt. O kredytach kolejne punkty.
  • Nasycenie rynku kredytowego. Po boomie jaki miał miejsce w ostatnich kilku lat, co raz mniej jest osób, które jeszcze kredyt mogą/chcą/potrzebują wziąć. Niektórzy mówią złośliwie, że ci co mieli wziąć kredyty to już je wzięli. Jest to oczywiście pewna przesada, ale jest w tym trochę prawdy.
  • Pogarszające się warunki kredytów. Banki niepewne jutra zaciskają pętle na szyjach obecnych kredytobiorców i śrubują warunki brania nowych kredytów. Nie tylko więc wysycha coraz bardziej źródło potencjalnych nabywców (spada popyt), ale na rynek może trafiać coraz więcej mieszkań z licytacji bądź sprzedanych przez kredytobiorców tuż przed utratą płynności (wzrasta podaż).
  • Wiele rozpoczętych inwestycji, często na kredyt. Inwestorzy mogą chcieć sprzedać je po kosztach, albo nawet nieco poniżej kosztów tylko po to by nie zbankrutować. Nieruchomości pozostawione po bankrutujących deweloperach także będą oczywiście dość tanie.
Argumenty za wzrostem cen:
  • Nadciągająca inflacja. Zalewanie rynków pieniądzem stało się obecnie dominującym trendem w działaniach banków centralnych i rządów we wszystkich niemal najbogatszych krajach. Organizacje takie jak UE, czy WTO już wręcz zaczynają narzucać mniejszym krajom wprowadzenie tego samego u siebie. Jeśli dodamy do tego rosnące wydatki socjalne, wzrost podatków i niewydolność systemów emerytalnych w starzejących się społeczeństwa, to diagnoza może być tylko jedna: może nie dziś, może za rok lub dwa, ale świat nie obroni się przed nadciągającą inflacją. Wówczas bańka spekulacyjna sprzed dwóch lat, to będzie tylko błąd zaokrąglenia na wykresach. Będziemy świadkami kolejnych spektakularnych baniek, które będą pompować ceny, w tym także nieruchomości. Rzecz jasna pieniądz w obiegu straci wówczas na wartości, a realna cena nieruchomości pozostanie bez zmian. Skoro jednak prognozujemy cenę, a nie wartość, to należy uznać to za czynnik sugerujący wzrost.
  • Niedobór mieszkań w Polsce. Rynek nieruchomości jest u nas specyficzny. Wiadomo, że wzrost cen w ostatnich latach powodowały w pewnym stopniu dwie grupy: mieszkańcy UE, dla których po wstąpieniu naszego kraju do wspólnoty nasze mieszkania były po prostu tanie oraz spekulanci kupujący po kilka mieszkań. Jedni i drudzy mogą się teraz wycofać (argument za spadkami), ale nie przeceniałbym ich wpływu. Baza mieszkaniowa w Polsce jest skromna a boom nie zwiększył jej znacząco. Pomimo, że ostatnio co druga firma zmienia branżę na deweloperkę, to w rekordowym 2008 roku oddano ok 165 tys. mieszkań. Warto pamiętać, że wiele wyburzono. Biorąc pod uwagę liczbę ludności w Polsce i średnią wielkość rodziny szybkie kalkulacje mówią mi, że na odnowienie bazy mieszkań dla każdego Polaka potrzeba by 76 lat. Wiele domów stoi oczywiście dłużej, ale są takie co nie dożywają takiego wieku, a nie wziąłem w kalkulacjach pod uwagę tych wyburzanych. Do tego doliczmy jeszcze wracającą właśnie falę emigracji, która w ostatnich dwóch latach sprzedawała mieszkania, a teraz będzie kupować. Jest jescze jedno. Polscy deweloperzy budują mało i dość elitarnie. Przeciętny deweloper buduje jedno, dwa osiedla luksusowych domów i chwali się tym wszędzie gdzie się da. Najczęściej taka "wielka inwestycja" oznacza maks 20 domów po 6-7 tys. zł. za metr. Ile osób może zamieszkać w takiej inwestycji? 50-60? A gdzie trzydzieści kilka milionów? Dla porównania w Hiszpanii, która doznała ciężkiego kryzysu są obecnie nieomal całe misteczka pustych domów, czy rozpoczętych budów.
  • Euro. A w zasadzie dwa Eura. Waluta i mistrzostwa. Obydwa są czynnikami sprzyjającymi inflacji. Wprowadzenie Euro jako waluty w Polsce, o ile się powiedzie, na pewno spowoduje wzrost cen. Mistrzostwa to wielkie wyzwanie dla infrastruktury, którą musi ktoś zbudować, czy chociaż odremontować (choć podobno PKP chce dworce na tą okazję tylko ... umyć). Zmniejszy to jeszcze bardziej dostępność budowlańców i wywinduje ceny materiałów budowlanych.
  • Otwarte granice. Fajnie, że można swobodnie podróżować po całej Europie, dobrze że Polak może pojechać do Anglii i zarabiać tam tyle co Anglik (a przynajmniej tak mu się wydaje). Jednak Anglik może przyjechać też do Polski i tu kupić mieszkanie. Tak więc nie ma się co spodziewać, że ceny tutaj będą niższe niż tam. Niestety wynagrodzenia ciągle jeszcze odstają (patrz też pierwszy punkt).
  • Wyżej pisałem, że jest wiele rozpoczętych inwestycji. To fakt i na pewno w 2009 roku będą zalewać rynek zbijając ceny. Jednak mieszkania buduje się 1-2 lata. W 2008 bardzo dużo firm wstrzymało rozpoczynanie nowych budów. Za 2 lata może odbić się to znaczącym spadkiem podaży i wzrostem cen.
Z tych punktów mogę wysnuć wniosek, że ceny będą trochę spadać, ale raczej niezbyt gwałtownie, jeszcze przez jakiś rok. Potem jednak powinny zacząć znów rosnąć. Najprawdopodobniej spadną za to obroty na tym rynku. Co najmniej 2009 powinien być słaby dla deweloperów. Jeśli dla części z nich potrwa to zbyt długo, to mogą zacząć nerwową wyprzedaż za wszelką cenę, co w końcówce roku może wstrząsnąć rynkiem. W 2010 powinny jednak rozpocząć się wzrosty.

No cóż, miałem nie robić założeń i sugestii. Wydaje mi się jednak, że nie pomylę się jakoś bardzo jeśli napiszę, że jeśli ktoś kupuje mieszkanie, by w nim mieszkać to nie ma sensu aby dłużej czekał. Ważne jest aby rozejrzał się za kredytem o sensownych warunkach, bo z bankami to różnie bywa. Jeśli ktoś chce inwestować, to chyba lepiej aby poczekał na lepszą okazję.

9 gru 2008

Moje sukcesy

W poprzednich wpisach opisałem główne wpadki. Dziś pokrótce sukcesy ostatniego półtorej roku.

1. Pobicie WIGu. Narzekałem na straty, które co prawda zaliczyłem do kosztów nauki, ale jednak są stratami. Tym niemniej straty te nie są aż tak ciężkie. Nie można co prawda obliczyć dokładnego zwrotu na kapitale za cały okres ze względu na ciągłe wpłaty. Przyjmując jednak średnią wartość portfela w trakcie tych miesięcy i całkowitą stratę mogę obliczyć, że straciłem ok 30-35% Tym czasem WIG20 w tym samym okresie stracił ponad 55%. Będąc więc w trakcie nauki pobiłem główny indeks giełdowy (i zapewne większość funduszy inwestycyjnych, ale o tym z litości już nie piszę). Pobicie indeksu wynikało głównie z pozostałych sukcesów o których piszę dalej.

2. Przemyślana strategia opcyjna. W przeciwieństwie do wielu nieudanych spekulacji, dla opcji zadziałałem w sposób logiczny i przemyślany. Najpierw wymyśliłem strategię, która według teorii powinna przynosić zyski (opiszę ją w innym wpisie), następnie przeliczyłem ją na kartce dla różnych sytuacji, optymistycznych, pesymistycznych, przeciętnych itp. W końcu zastosowałem ją w praktyce w sposób chłodny i precyzyjny. Pomogło mi tu przeświadczenie, że spekulując bez planu na rynku opcji szybko polegnę. Okazało się, że robiąc to z głową można zarobić. Pewien wpływ na zyski miał szalony październik o rzadko spotykanej zmienności na rynku, co nadało opcjom sporych wartości. Jednak nawet pomijając wpływ tego miesiąca wyszedłem na opcjach na plus. Po 7 miesiącach używania mojej strategii mam na opcjach miesięcznie średnio 10% zwrot z kapitału. Po usunięciu października wartość ta spada do ok 6% co i tak uznaję za niezły wynik.

3. Powstrzymanie się od spekulowania w niekorzystnych warunkach.
Udało mi się to dopiero po pewnym czasie więc nawet nie wiem czy na pewno mogę zaliczyć to do sukcesów. Na początku, przez pierwszych kilka miesięcy, czułem ogromną chęć do grania i ciężko było mi się powstrzymać od zakupów akcji. Ciągłe i uporczywe wchodzenie "pod prąd" wbrew trendowi przynosi spore straty nawet przy używaniu zleceń stop loss i rozsądnym zarządzaniu kapitałem. Dlatego dobrą praktyką jest zrobienie sobie przerwy po każdej nieudanej transakcji. Ostatecznie punkt ten zaliczyłem do sukcesów, bo udało mi się skutecznie wprowadzić go w życie w połowie roku, czyli przed najgorszymi spadkami we wrześniu i październiku. Natomiast jeśli ktoś nie potrafi się powstrzymać przed ciągłym graniem (mi nadal mimo wszystko idzie to ciężko), to powinien wybierać instrumenty umożliwiające grę w obydwie strony - wówczas może pozostać aktywny nawet w czasie trendu spadkowego (np. opcje, czy kontrakty terminowe). Jeśli ktoś nie lubi gry na spadki, to obecnie powinien być nieaktywny co najmniej od grudnia 2007.

4. Nauka na błędach.
Wiele z błędów popełniłem tylko raz, lub maksymalnie 2-3 razy. Starałem się zawsze cofać i analizować swoje historyczne posunięcia próbując zrozumieć co zrobiłem źle. Dzięki temu mam nadzieję, że w przyszłości osiągnę lepsze rezultaty, czego życzę także czytelnikom.

13 paź 2008

Spadające noże

Powiedzenie o łapaniu spadających noży staje się szczególnie aktualne gdy rośnie zmienność rynku. Tak było w piątek 10 października. Kto próbował łapać dołek po ponad 8% spadku na otwarciu mógł się srodze rozczarować gdy ten spadł w trakcie sesji do -13%. Kto z kolei w tym momencie próbowałby liczyć na dalsze spadki mógł sporo stracić, gdy kolejne kilka godzin przyniosło odbicie znów do -8%. Tylko konsekwentny stop loss może nas uratować w takie dni. A jeśli ktoś ma tyle szczęścia, że potrafi bez zleceń SL regularnie zarabiać na takim rynku, to może śmiało spróbować swoich sił w totolotku.

Skoro już zacząłem o SL... Łapanie dołków w pewnych ekstremalnych sytuacjach może mieć sens. Teraz według mnie jest taka ekstremalna sytuacja, bo po tak ciężkich spadkach odbicie o 15-20% jest mocno prawdopodobne. Prawdopodobne nie znaczy jednak pewne. Łapanie dołków ma sens tylko jeśli ustawisz zlecenie obronne, np. 5% poniżej ceny zakupu. Liczenie na 20% przy ryzyku 5%, daje dość dobry stosunek zysku do ryzyka. Gdy wszyscy panikują warto być odważnym, ale... zabezpieczyć się gdyby nie miało się racji zleceniem SL.

1 paź 2008

Kapitalizm

W okresach kryzyów gospodarczych podnoszą swoje głowy liczni piewcy gospodarki centralnie sterowanej. Słychać co raz więcej głosów mówiących o ostatecznej kompromitacji i upadku wolnego rynku, który rzekomo miał się nie sprawdzić. Rozmaitej maści lewakom sprzyjają w takich twierdzeniach zmienni jak chorągiewki dziennikarze ekonomiczni i analitycy. Wszyscy oni zapominają, że kapitalizm to system cykliczny, w którym okresy hossy i bessy przychodzą cyklicznie i naprzemiennie. Gospodarka kapitalistyczna rozwija się w tempie dwa kroki wprzód i jeden w tył. Nie jest to jej wada, lecz wprost przeciwnie: zaleta. Dzięki okresom recesji gospodarka ma szansę przystosować się do nowych warunków zewnętrznych, przekształcić się w bardziej efektywną, wyeliminować niewydajne organizmy (firmy źle zarządzające kapitałem) i przetransferować energię i kapitał do bardziej wydajnych. Zdrowa gospodarka wolnorynkowa z każdego kryzysu wychodzi mocniejsza, sprawniejsza i nowocześniejsza. Niestety w obecnych czasach wolnego rynku jest coraz mniej na świecie, jest on też coraz częściej krytykowany i osądzany już nie tylko jako niesprawiedliwy (który to zarzut padał zawsze a jego źródło leżało w różnym rozumieniu sprawiedliwości u różnych osób), ale nawet jako niewydajny co jak dla mnie unosi się już w oparach absurdu. Na świecie nie ma już praktycznie gospodarek wolnorynkowych, co najdobitniej uświadamia nam fakt, że dawne kolebki kapitalizmu takie jak USA, czy Wielka Brytania, nacjonalizują prywatne firmy tylko dlatego, że są duże. Skoro wolny rynek jest coraz mniej wolny, to jaki sens ma krytykowanie go za niewydajność?! Wolny rynek byłby naprawdę wolnym wtedy, gdyby firmy takie jak AIG, czy Bear Stearns mogły sobie swobodnie upaść. Gdyby pozostały po nich majątek został rozdzielony pomiędzy wierzycieli i tym samym kapitał przepłynął w stronę osób i firm lepiej nim zarządzających.

Gospodarka najlepiej radzie sobie, gdy nikt przy niej nie manipuluje. Ręczne sterowanie zawsze kończy się źle. Jeśli rządzący (czy to rządy, czy banki centralne itp.) koniecznie usiłują zmusić gospodarkę do trzeciego kroku wprzód, to zwykle zatrzymuje się ona na długo w miejscu. Zamiast krótkiego i oczyszczającego kryzysu fundują wszystkim długi, ciężki i wyniszczający społeczeństwo kryzys.

Bankructwo jednej, czy wielu firm jest także świetnym ostrzeżeniem dla innych: tą drogą nie należy iść. Zły przykład ułatwia innym firmom uniknięcie tych samych kłopotów przez zmianę działań. Gdy bankrutów ratuje się za publiczne pieniądze, to inni potencjalni bankruci nigdy nie zmieniają swoich nawyków i będą zawsze postępować tak samo, co prowadzi do pogłębiania się kryzysów. Gdyby wisiał nad nimi miecz Damoklesa w postaci pewnego bankructwa w sytuacji złego zarządzania kapitałem - zrobiliby naprawdę dużo aby go uniknąć. Skoro wiedzą, że rząd ich wykupi bo "są za duzi by upaść", to będą dalej w najlepsze marnotrawić kapitał.

22 wrz 2008

Plan Paulsona, czyli prywatne zyski i państwowe straty.

Świat się wali. Dawna kolebka kapitalizmu odwraca się od niego plecami. I nie są to już żarty. Dla wielu tzw. finansistów kapitalizm był dobry dopóki oni zyskiwali. A gdy pojawiły się straty, to udali się do rządu, aby sfinansował je pieniędzmi podatników. Nie napiszę chyba nic bardzo odkrywczego, gdy stwierdzę, że plan ratowania prywatnych firm (w dodatku arbitralnie wyznaczonych przez jedną osobę; Paulson: tego uratujemy, tego też, a ten niech nas cmoknie...) przez rząd USA to skandal jakiego w ekonomii światowej nie było od czasów Lenina i Dzierżyńskiego. Popatrzcie na to sami obiektywnie: Przez kilka lat grupa finansistów wciska kredyty wszystkim, których na to nie stać. Następnie, wiedząc że wiele z nich jest nic nie wartych, opakowuje je w coraz bardziej skomplikowane instrumenty i ostro handluje nimi między sobą, na końcu wciskając je jako bezpieczne i wiarygodne wszystkim na świecie, w tym wielu zagranicznym firmom i instytucjom nie zdającym sobie sprawy z uprawianego procederu. Gdy rynek brutalnie weryfikuje tą radosną twórczość, grupa cwaniaków żąda ratowania ich firm (które de facto zbankrutowały) przez państwo ("Jesteśmy za duzi by upaść!"). W dodatku przez cały ten czas, doprowadzając w kilka lat do ruiny firmy o ponad stuletniej tradycji, biorą wielocyfrowe sumy za swoją niekompetencję. Wielu z nich teraz, kiedy szydło wyszło z worka odejdzie pewnie ze stanowisk, ale za to z sutymi odprawami. Zamiast trafić za kratki...
Ciekawe co z tego wszystkiego wyjdzie. Oby nie sprawdziło się przekleństwo: obyś żył w ciekawszych czasach, bo te zaczynają się robić niebezpiecznie ciekawe.

16 wrz 2008

Spadki jako szansa

Dziś chciałbym napisać o czymś, na co rzadko zwraca się uwagę. Hossa na giełdzie to najprostsza okazja do zarabiania, bessa też daje szansę na zarobki na krótkich pozycjach lub korektach, ale jest to trudniejsze i zazwyczaj większość graczy traci pieniądze w czasie spadków. Jednak bessa (a właściwie jej koniec) przynosi jeszcze jeden pozytyw. Jest nim zmniejszenie kosztów gry na instrumentach pochodnych takich jak np. kontrakty na akcje czy indeks. Zmniejszenie kosztów gry oznacza, że wartość pojedynczego kontraktu jaki będziemy kontrolować po zakupie jest mniejsza, co ułatwia zmniejszenie dźwigni do sensownego poziomu (dlaczego nie należy przesadzać z dźwignią można przeczytać w tym wpisie i w tym wpisie). Jak to działa:
  • WIG20 w szczytowym momencie miał wartość ok. 4000 punktów, a ponieważ kontrakt na ten indeks ma mnożnik 10 (jeden punkt to 10zł), to otwarcie jednej pozycji kontraktu oznaczało kontrolowanie 40000zł. Aby kupić jeden kontrakt według jego specyfikacji musimy mieć conajmnie 10,9% z całej sumy jako depozyt (patrz np. tutaj) czyli 4360zł. Załóżmy jednak, że nie chcemy użyć maksymalnej dostępnej nam dźwigni i na grę na kontrakcie przeznaczamy 8000zł. Nasz faktyczny lewar wynosi wówczas: 8000:40000 = 1:5. Oznacza to, że każdy ruch indeksu o 1% da nam 5% zmianę wartości naszego kapitału 8000zł.
  • Obecnie WIG20 ma wartość ok 2350 punktów i nadal spada. Dla ułatwienia obliczeń załóżmy, że spadnie jeszcze do 2000 (co wydaje się prawdopodobne). Wówczas jeden kontrakt kontroluje tylko 20000zł, więc przeznaczając 8000zł na grę uzyskujemy lewar w wysokości 8000:20000 = 1: 2.5 a więc dwa razy mniejszy niż poprzednio. Każdy ruch indeksu o 1% da nam zmianę naszego kapitału o 2.5%.
Mniejszy lewar przy założeniu takiego samego ryzyka procentowego (ryzyko oczywiście dotyczy całego naszego kapitału lub kapitału wykorzystywanego do gry, a NIE wartości kontraktu, czy wartości depozytu) oznacza szerszy stop loss co daje nam większą elastyczność gry. Zobaczmy to na liczbach w tych samych przypadkach co powyżej:
  • Załóżmy, że akceptowalne ryzyko to 5%, co równe jest 400zł (dla naszego kapitału 8000zł przeznaczonego do gry na kontrakcie W20). Oznacza to, że SL może mieć wartość do 40 punktów, czyli 1% wartości indeksu. A więc 1% ruch w złym dla nas kierunku spowoduje zamknięcie pozycji na SL.
  • Dla indeksu wartego 2000 punktów te 400zł ryzyka (czyli 5% kapitału, bo nadal jest to to samo) daje nam SL również wart 40 punktów - ta liczba się nie zmienia. Ale... jest to 2% wartości indeksu. Czyli dopiero ruch o 2% w złym kierunku realizuje zlecenie SL. Łatwo domyślić się, że będziemy rzadziej wyrzucani z rynku co da nam więcej szans na zarobienie PRZY DOKŁADNIE TAKIM SAMYM RYZYKU DLA NASZEGO KAPITAŁU!
WIG20 to nie wszystko, popatrzmy na kontrakty na akcje. Specyfikacja takich kontraktów określa, że jeden kontrakt oznacza zakup/krótką sprzedaż pakietu 100 akcji. Tak więc na przykład:
  • Rok temu jedna akcja PKN Orlen warta była ok 60zł co oznaczało 6000zł na kontrakt, obecnie jest to 30zł, czyli 3000zł na kontrakt.
  • Rok temu jedna akcja KGHM warta była ok 140zł co oznaczało 14000zł na kontrakt, obecnie jest to 60zł, czyli 6000zł na kontrakt.
Nie wszystkie akcje w ostatnich miesiącach taniały tak mocno. Dla przykładu TP SA od kilku lat waha się w zakresie 20-30zł. Ogólnie mówiąc jednak bessa obniża próg wejścia na giełdę, a w szczególności do instrumentów pochodnych. Przed wejściem w nie warto jest poczytać trochę o zasadach ich działania, wszystko sobie pokalkulować i przygotować plan. Nie należy jednak bać się ani samych instrumentów ani spadków na rynkach. Jak widać w spadkach także można znaleźć coś pozytywnego.

9 wrz 2008

Funny Fannie

W weekend amerykański sekretarz skarbu zadecydował o dofinansowaniu dwóch w praktyce uzależnionych od państwa firm działających na rynku kredytowym: Fannie Mae i Freddie Mac oraz o przejęciu bezpośredniej kontroli nad tymi firmami. W praktyce oznacza to całkowite upaństwowienie firm i przejęcie ich długów przez skarb USA. Rzecz wydaje się niesłychana w kraju szczycącym się wolną i kapitalistyczną gospodarką. Warto jednak pamiętać, że obydwie firmy były całkowicie uzależnione od państwa i gwarantowało ono, że w razie kłopotów przyjdzie im z pomocą. I obietnicę tą wypełniło. O co więc chodzi, czemu trzeba uznać ten krok za niedobry i rozpaczliwy?

Chodzi o to, że rząd amerykański nie chciał pokazać, że największe firmy kredytujące nieruchomości są bankrutami. A są, co do tego nie ma wątpliwości. W mediach nie są, bo rząd wyciągnął do nich "pomocną dłoń". Ale rynek wycenia je jako bankrutów. Popatrzmy chociażby na Fannie Mae. Rok temu kurs jej akcji wynosił ok 60 dolarów. W piątek 05 września 2008 już tylko 6, a zamknął się na 7. 90% straty w ciągu roku. No ale nic dziwnego, trwa kryzys nieruchomości a ta firma może być i jak się okazuje jest jedną z głównych ofiar. Ale to nie koniec. W poniedziałek kurs żeńskiego FM spadł do... 70 centów. Wow, 90% w ciągu jednej sesji i 99% od rocznego maksimum. Dla mnie to bankructwo. Koniec, kropka.

Czy tak dramatyczna sytuacja jak bankructwo firm skupiających większość amerykańskich kredytów nie oznacza, że kryzys powoli dobiega końca? Może tak, ale według mnie jeszcze nie. Jest to już zaawansowana postać kryzysu, ale póki nie ma zamieszek na ulicach, bankructw paru dużych banków i póki zamiecione pod budżetowy dywan śmieci nie wyszły na widok publiczny, to moim zdaniem jeszcze nie czas na zmianę trendu. Kryzys nieruchomości nie rozejdzie się tak szybko po kościach, to inny kaliber niż np. bańka internetowa, która większości ludzi (o ile nie grali na giełdzie) mogła za bardzo nie obejść. Ten kryzys dotknie większość społeczeństwa w USA i jak zaraza rozleje się ciężkim, wieloletnim kacem po świecie. Ale zmiana trendu kiedyś nadejdzie, więc trzeba być czujnym.

Disclaimer:
blog ten
jest blogiem hobbystyczno-edukacyjnym. Jego treść nie powinna być interpretowana jako rekomendacja jakichkolwiek decyzji inwestycyjnych. Autor nie jest zarejestrowanym doradcą finansowym w Polsce, a wszelkie decyzje inwestycyjne są wyłączną odpowiedzialnością czytelnika.